Baśnie wRóże | Prawdziwe „magowanie”
Baśnie wRóże. Prowadzę warsztaty bibio- i bajko- terapeutyczne, w których chcę pobudzać do twórczego myślenia oraz rozwijać umiejętności fantazjowania. Fantazjowanie pozwala nam bowiem dostrzegać pozytywne strony życia, cieszyć się małymi rzeczami i dostrzegać piękno tam, gdzie inni go nie widzą.
storytelling, bajki, baśnie, Poznań, Wielkopolska, opowiadanie, dziecięce fantazje
1969
post-template-default,single,single-post,postid-1969,single-format-standard,ajax_fade,page_not_loaded,,qode_grid_1300,qode-content-sidebar-responsive,qode-theme-ver-10.0,wpb-js-composer js-comp-ver-4.12,vc_responsive

Prawdziwe „magowanie”

Prawdziwe „magowanie”

Robienie show nigdy mi nie wychodziło. Zawsze byłam nieśmiała, a znajomości nawiązywałam po długim czasie i zazwyczaj na wyraźne życzenie tej drugiej strony. Moja niepewność i płochliwość prowadziła nawet do często nieodwracalnych nieporozumień towarzyskich. Dlaczego uznałam, że prowadzenie warsztatów, to jest właśnie to, nie mam pojęcia!

Kiedy teraz mówię komuś o swojej chorobliwej nieśmiałości, zwykle jestem zbywana znaczącym prychnięciem. Niezależnie od tego, prawdą jest, że jeszcze kilka lat temu publiczne wystąpienie przed większą grupą było dla mnie najgorszym z koszmarów. Bodźcem do zmiany stały się spotkania z opowieścią. W Poznaniu było to absolutne novum. Przyjaciółka, świadoma mojej fascynacji baśniami, chcąc odciągnąć mnie od różnych problemów, które wówczas zaprzątały mi głowę, zaproponowała wyjście na występ grupy Baśnie Właśnie. Był to strzał w dziesiątkę. Gdy patrzyłam na ludzi, wypowiadających się publicznie z nieosiągalną dla mnie swobodą, zrozumiałam, że tak naprawdę nie mam żadnych kłopotów poza jednym — publicznym paraliżem mowy.

Zaczęłam chodzić na występy opowiadaczy jako widz. Później brałam udział w rozmaitych warsztatach. Po jakimś czasie zdecydowałam się wystąpić na Nocy 1001 Baśni. Było to wstrząsające przeżycie, które jednak złamało pierwszą tamę. Od tej pory sporadycznie wypowiadałam się pod ostrzałem spojrzeń. Z czasem zaczęłam również prowadzić warsztaty. Wreszcie pojawiły się cykliczne zlecenia. Byłam z siebie dumna lub przynajmniej umiarkowanie zadowolona, biorąc poprawkę na mój samokrytycyzm.

Chociaż we własnym mniemaniu, przełamałam się, zajęcia prowadziłam zgodnie z moją zachowawczą osobowością. Patrzyłam nawet zazdrośnie na animatorki, którym z łatwością przychodziło wcielanie się w rolę wodzirejek. Sama decydowałam się na widowiskową formę sporadycznie i za długimi namowami, ale zauważyłam, że zdjęcia z bardziej pokazowych zajęć, przyciągają wzrok. Zawsze wolałam wykorzystywać techniki arteterapeutyczne i prowadzić kameralne warsztaty. Show pozostawiałam innym. Jednak pewien nieprzyjemny epizod z końca 2018 roku skłonił mnie do zastanowienia się nad tym, czy moje intencje są jasne. Doszłam do wniosku, że dzieci uczestniczące w warsztatach, lub raczej ich opiekunowie oczekują fajerwerków. Być może wartościowe treści nie wystarczają albo są zbyt mało atrakcyjne i trzeba przemycać je w innej formie. Zjawisko to doskonale opisał uwielbiany przeze mnie Terry Pratthet, który w jednej z części cyklu Świata Dysku – Mort pisze:

„Rytuał AshkEnte, najkrócej mówiąc, przywołuje i poskramia Śmierć. Studenci tajników okultyzmu wiedzą, że można go przeprowadzić z pomocą prostej inkantacji, trzech kawałków drewna i czterech centymetrów sześciennych mysiej krwi. Jednak żaden mag wart swego szpiczastego kapelusza nawet by nie pomyślał o czynieniu czegoś tak mało imponującego. W głębi serca wie bowiem, że jeśli zaklęcie nie wymaga grubych żółtych świec, masy rzadkich kadzideł, kręgów na podłodze wyrysowanych kredą w ośmiu różnych kolorach i paru bulgoczących dookoła kociołków, to nawet nie warto go rozważać.”

Uznałam, że powinnam zabrać się wreszcie za porządne „magowanie”, do którego potrzebne są rekwizyty oraz odpowiednie przygotowanie przestrzeni. Podczas warsztatów dotyczących starożytnego Egiptu świadomie i z własnej woli przebrałam się za Bastet – egipską boginię zabawy. Kocią maskę stworzyłam na podstawie gotowego szablonu batwoman z wykorzystaniem dużej ilości brokatu. Doświadczenia osobnicze nauczyły mnie, że brokatu nigdy za wiele. Wydmy udrapowałam z materiałów, a podczas zajęć uczestnicy budowali piramidę z kartonów, tworzyli własne hieroglify i odpowiadali na zagadki Sfinksa. Zabawom towarzyszyła starożytna muzyka mezopotamska(!). Wypożyczenie tej płyty niezmiernie uradowało panią z płytoteki, gdyż wcześniej nikt nie zainteresował się tym nagraniem. Naprawdę nie wiem dlaczego! Kiedy wcielałam się w Mary Poppins, stworzyłam krainę czarów za pomocą Chusty Klanzy i kilku tkanin. Nie zabrakło lotów parasolem do odległych krain, tańców i karkołomnych zadań.

W przypadku zajęć hortiterapeutycznych z seniorami, realizowanymi w ramach projektu: Dzienny ośrodek wsparcia Fyrtel seniora również postawiłam na widowiskowość. Na ostatnim spotkaniu zaprezentowałam uczestnikom magiczny świat roślin. Był on zaiste magiczny, gdyż ujawniał największe cuda flory, wśród których znalazły się rośliny olbrzymie, cuchnące, agresywne, krwiożercze, dziwaczne oraz mające sugestywne kształty. Niekiedy nadmiernie sugestywne. Uwieńczeniem prezentacji był eksperyment, w stylu kuchni fusion przeprowadzony z wykorzystaniem herbaty Butterfly Blue. Jaskrawo niebieski napar zmieniający barwę na fioletowy pod wpływem kwasu z cytryny zrobił spore wrażenie. Po tych popisach zaczęłam się martwić, że przesadzę w drugą stronę, przez co wkrótce nastąpi przerost formy nad treścią. Jednak informacje zwrotne utwierdziły mnie, że show to właściwy kierunek.

Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że jestem jedynie introwertyczką, która udaje ekstrawertyczkę. Jednak sama zdecydowałam się na uprawianie magii, a żeby uprawiać magię najwyraźniej potrzeba grubych świec, rzadkich kadzideł, różnokolorowych kręgów wyrysowanych na podłodze oraz bulgoczących kociołków lub chociaż… wielkiego naczynia, wypełnionego zmieniającą kolor cieczą.

Bogini Bastet i starożytny Egipt

Loty parasolem z Mary Poppins

Napar z herbaty Butterfly Blue

Kuchnia fusion

2 komentarze
  • OgarniaczChaosu
    Posted at 19:40h, 07 kwietnia Odpowiedz

    Wiesz, to jest piękne. Tak sobie myślę, że przełamując własny opór, wprawiasz widzów w ogromne zadziwienie i zaciekawienie. Pięknie 🙂

    • Joanna Furdal
      Posted at 19:53h, 07 kwietnia Odpowiedz

      Dziękuję, chociaż myślę, że ludzie ogólnie są już uodpornieni na zdziwienie 😉

Post A Comment