Baśnie wRóże | Papierowa groza
Baśnie wRóże. Prowadzę warsztaty bibio- i bajko- terapeutyczne, w których chcę pobudzać do twórczego myślenia oraz rozwijać umiejętności fantazjowania. Fantazjowanie pozwala nam bowiem dostrzegać pozytywne strony życia, cieszyć się małymi rzeczami i dostrzegać piękno tam, gdzie inni go nie widzą.
storytelling, bajki, baśnie, Poznań, Wielkopolska, opowiadanie, dziecięce fantazje
1441
post-template-default,single,single-post,postid-1441,single-format-standard,ajax_fade,page_not_loaded,,qode_grid_1300,qode-content-sidebar-responsive,qode-theme-ver-10.0,wpb-js-composer js-comp-ver-4.12,vc_responsive

Papierowa groza

Papierowa groza

Niekiedy przedmioty zdają się przejmować kontrolę nad naszym życiem. Moim, z całkiem dobrym skutkiem, próbują sterować książki. Czasem wkradają się w nie ostrożnie, a kiedy indziej dosłownie zwalają się na mnie. Najczęściej z parapetu.

Ze względu na brak przestrzeni, zaczęłam doskonalić sztukę układania moich papierowych przyjaciół. Doszłam nawet do dużej wprawy w tej materii. Kiedyś znajoma, która akurat mnie odwiedziła, była zaskoczona tym, że mam tak mało książek. Po chwili jednak stwierdziła, że czuje ich obecność, jakby obserwowały ją z ukrycia. Jej wzrok przyciągała to tajemniczo wybrzuszona zasłona, to dziwaczny kształt w tym, czy innym kącie. Prawdziwa groza!

Już dawno temu zdecydowałam się kupować tylko te książki, które będą stanowić dla mnie merytoryczne wsparcie lub inspirację. Tyle jeśli chodzi o teorię. Książki bowiem nie wiele robią sobie z moich szczerych postanowień. Czasem po prostu zjawiają się w moim życiu. Kiedy cztery lata temu przeprowadzałam się, do obecnej przystani w moje ręce trafił Horoskop Poetycki. Po sprowadzeniu wszystkich moich gratów, marzyłam jedynie o tym, by się położyć. Kartony i torby sięgały do połowy wysokości ścian. Po pewnym czasie utorowałam drogę od łóżka do łazienki i zasnęłam jak kamień. Podobno warto zapamiętać sen, który przyśni się pierwszej nocy spędzonej w nowym miejscu. Ten konkretny, w obliczu przyszłych wydarzeń, wydaje się wręcz mistyczny. Moje senne fantazje opanował bowiem ogromny antykwariat, który mieścił się w okrągłej wieży. W jej ściany wbudowane były spiralnie półki, na których piętrzyły się najrozmaitsze książki i woluminy. Gdy spojrzałam w górę zobaczyłam księżyc. Wieża bowiem nie miała sklepienia i półki zdawały się sięgać samego nieba. W dodatku antykwariat mieścił się w Świecie Dysku. Skąd to wiem? Ano stąd, że znajdowała się w nim Ank-Morporska straż, która z Kapitanem Vimesem na czele poszukiwała tajemniczej książki. Obudziło mnie ostre słońce, wpadające przez okno pozbawione zasłon. Na dnie świadomości majaczyła myśl: Gdzie też może być ta książka. Wówczas mój wzrok się wyostrzył i padł prosto na szafkę nad zlewem. Coś na niej leżało. Kiedy wdrapałam się na wygrzebany z czeluści bałaganu stołek, na mojej dłoni spoczęła miniatura: Horoskop poetycki. Od tej pory uważam tę małą książeczkę za przedmiot magiczny i „wróżę” z niej z zapałem. Za każdym razem rytuał ten wywołuje uśmiech na mojej twarzy. Trudno mi bowiem zachować powagę gdy czytam jak Horoskop podsumowuje moje życie, zdaniem przykładowo Zygmunta Krasińskiego: Serce me proste, ale los mój krzywy.

Chociaż zetknięcie się z Horoskopem Poetyckim stanowi sztandarowy przykład, opanowywania mojego życia przez książki, jest to jeden z wielu takich przypadków. Pewnego razu moja znajoma napisała do mnie, że znalazła w piwnicy książki obcojęzyczne, w tym sporo w języku francuskim. Należały kiedyś do jej sąsiadki, która nie zdążyła nikomu powierzyć swoich zbiorów. Znajoma przeciwna niszczeniu książek przygarnęła je i postanowiła znaleźć dla nich dom. W efekcie wywiozłam od niej dwie płócienne torby francuskojęzycznych książek. Część z nich zostawiłam dla siebie, a pozostałymi obdarowałam osoby z kursu językowego, na który wówczas uczęszczałam. Jakie było moje zdziwienie, gdy wśród tych zbiorów odnalazłam dwie pozycje należące do biblioteki Domu Bretanii. Większe zdziwienie ogarnęło chyba jedynie bibliotekarza, który po latach, w tak opatrznościowy sposób, odzyskał zagonioną własność biblioteki.

W równie niecodziennych okolicznościach moje baśniowe zbiory wzbogaciły się o Bajki Ludów Nadbałtyckich z 1951 roku, ilustrowane przez Krzysztofa Henisza. Dwa lata temu wybrałam się na wycieczkę objazdową, na której poznałam między innymi Wojtka. Ten jakiś czas temu odezwał się do mnie, pytając czy nie przygarnę bardzo ważnej dla niego książki. Losy tego unikatowego zbioru bajek były dość skomplikowane, a ich właściciel pragnął, by ukochane opowieści jego dzieciństwa, poznały kolejne pokolenia. Chciał jednak, by trafiły one od razu do uszu dzieci, omijając skrzętnie małe rączki, tak by podniszczona już książka nie ucierpiała jeszcze bardziej. Wraz z tą pozycją została mi więc powierzona misja, którą postaram się wypełnić. Jedną z, zawartych w zbiorze, bajek zmierzam opowiedzieć na kolejnej odsłonie Nocy 1001 Baśni.

Zdarza się, że nie czekam, aż książka mnie odnajdzie, tylko sama wychodzę jej na spotkanie. Będąc w Rzymie wybrałam się z przyjaciółką na targ, na który nie powinni zapuszczać się turyści, a przynajmniej tak twierdzili wszyscy pytani o drogę. Po przegrzebaniu stoisk z paszminami, koralikami, podróbkami markowych zegarków i innymi skarbami, zaczęłyśmy szukać książek. Uparłam się, by kupić w tym konkretnym miejscu zbiór baśni. Baśnie są bowiem wszędzie, więc i tam, zgodnie z moim niezachwianym przekonaniem, musiały być. Po wielu poszukiwaniach, na obrzeżach targu znalazłyśmy stoisko z używanymi książkami. Próby nawiązania kontaktu ze starszym panem, który najwyraźniej był właścicielem tego antykwarycznego kramu, spełzły na niczym. Pan mruczał coś po włosku, machał rękami i pokazywał, że nie ma tego o co nam chodzi. Nieco zrezygnowana zaczęłam przeglądać książki na stoisku. Po chwili zauważyłyśmy z przyjaciółką, że pan dziwnie się nam przygląda, nurkuje tajemniczo pod ladę, wynurza się, po czym znowu nurkuje. Po chwili podszedł do mnie i bez słowa wręczył mi cienką książeczkę z bajkami. Zakupiłam ją uszczęśliwiona. Nigdy jej nie przetłumaczyłam. Pewnie dlatego, że jest po włosku!

Obiecałam sobie jednak, że ten los nie spotka innej książki, którą zamierzam przetłumaczyć, gdy tylko znajdę na to siłę i cierpliwość. The beautiful humble bird, autorstwa Stelli Gitano z Południowego Sudanu, przyfrunął do mnie aż z Kairu. Kolorowa, pełna symboli opowieść została wyszperana przez moją przyjaciółkę na stoisku z książkami. Tą samą zresztą, która pomagała mi szukać bajek w Rzymie. Najwyraźniej, nauczona doświadczeniem, postanowiła zaspokajać moje obsesje w tej materii. Dwie przepięknie ilustrowane książeczki, w wersji arabskiej i angielskiej zostały przywiezione z przygodami do Polski, przez rodzinnego kuriera.

The beautiful humble bird zasilił moją półkę, albo raczej stosik na torbie i jest najświeższym z książkowych objawień. Prawdopodobnie jednak nie ostatnim. Zauważyłam, że pewne zdarzenia powtarzają się cyklicznie, a podobne przyciąga podobne. Niektórym wciąż przytrafiają się drobne wygrane na loterii lub przygody miłosne. Mnie ścigają książki i wszystko co ich dotyczy. Można jednak w prosty sposób wyjaśnić to zjawisko. Skoro ten ma kłopoty kto ich szuka, ten kto szuka kontaktu ze słowem, natyka się na nie na każdym kroku. W końcu nie taka książka straszna, jak ją piszą!

No Comments

Post A Comment