Baśnie wRóże | O królewnie jasnowłosej, królu Krabie i zamorskim grajku
Baśnie wRóże. Prowadzę warsztaty bibio- i bajko- terapeutyczne, w których chcę pobudzać do twórczego myślenia oraz rozwijać umiejętności fantazjowania. Fantazjowanie pozwala nam bowiem dostrzegać pozytywne strony życia, cieszyć się małymi rzeczami i dostrzegać piękno tam, gdzie inni go nie widzą.
storytelling, bajki, baśnie, Poznań, Wielkopolska, opowiadanie, dziecięce fantazje
1688
post-template-default,single,single-post,postid-1688,single-format-standard,ajax_fade,page_not_loaded,,qode_grid_1300,qode-content-sidebar-responsive,qode-theme-ver-10.0,wpb-js-composer js-comp-ver-4.12,vc_responsive

O królewnie jasnowłosej, królu Krabie i zamorskim grajku

O królewnie jasnowłosej, królu Krabie i zamorskim grajku

Baśń szkatułkowa mojego autorstwa. „Ujrzała rozległą komnatę, całą wyłożoną muszlami. Pośrodku stał perłowy tron. Dziwny blask bijący od niego poraził Magdalenkę. Przetarła piąstkami oczy i jeszcze raz spojrzała przez okienko. Tym razem na tronie dostrzegła miniaturową postać – szczupłą, delikatną i srebrzystą.”

O KRÓLEWNIE JASNOWŁOSEJ, KRÓLU KRABIE I ZAMORSKIM GRAJKU

Magdalenka od trzech dni przebywała z rodzicami nad morzem. Codziennie bawiła się na plaży. Tego dnia również pracowicie wsypywała piasek do swojego czerwonego wiaderka. Tato pływał, a mama czytała na leżaku. Na plaży było tłoczno. Od rana piasek stopniowo pokrywały ręczniki i leżaki. Ludzie rozmawiali ze sobą, śmiali się, niektórzy słuchali muzyki. Dzieci piszczały, chlapiąc się w wodzie. Od czasu do czasu któreś z nich wybuchało płaczem. Całemu temu gwarowi towarzyszyło miarowe uderzanie fal o brzeg.

Dziewczynka, mrużąc oczy spojrzała prosto w słońce. Następnie rozejrzała się wokół siebie. Mama odłożyła książkę i wystawiła twarz ku promieniom. Mężczyzna obok wcierał w ramiona krem z filtrem. Magdalenka podeszła z wiaderkiem do brzegu morza i nabrała wody. W tym czasie jej mama oparła się na łokciach, czujnie obserwując córeczkę. Dziewczynka z trudem przyniosła wiadro wypełnione wodą, na miejsce w którym wcześniej się bawiła i wylała jego zawartość na piasek. Przez chwilę przyglądała się pęcherzykom, które pojawiły się jego na powierzchni. Następnie z powrotem ruszyła w kierunku morza i ponownie zaczerpnęła wody. Powtarzała swój spacer tak długo, aż uznała, że piasek jest dostatecznie wilgotny. Wówczas położyła wiaderko i chwyciła łopatkę. Zaczęła pracowicie mieszać piasek. Wreszcie stwierdziła, że nadaje się do budowy. Najpierw napełniła wilgotnym piaskiem czerwone wiaderko i zrobiła babkę. Potem wzięła mniejsze, zielone i spróbowała delikatnie zrobić mniejszą babkę na szczycie większej, ale konstrukcja rozpadła się. Kolejne dwie próby nie powiodły się.

Tato dziewczynki właśnie wyszedł z wody i z rozbawieniem przyglądał się staraniom córeczki. W końcu Magdalenka poddała się. Przez jakiś czas siedziała ze zrezygnowaną miną na mokrym piasku, obejmując kolana. Po chwili wstała i energicznie zabrała się do pracy. Usypała spory kopczyk, porządnie go uklepując. Kiedy był gotowy zaczęła obcinać łopatką jego brzegi, tak by stworzyć pionowe ściany. Patykiem delikatnie nakreśliła spiralę wzdłuż kopca. Obeszła budowlę, kiwnęła głową i zaczęła dookoła kopczyka stawiać małe babki. Jedną przy drugiej. To miał być mur obronny. Kiedy skończyła cofnęła się dwa kroki, przechyliła głowę i spojrzała krytycznie. Budowla nadal nie przypominała tego co pojawiło się w jej wyobraźni. Przez chwilę, z dużym skupieniem przyglądała się swojemu dziełu.

Dźwięki z boku powoli przestały do niej docierać. Słyszała jedynie fale uderzające rytmicznie o brzeg. Magdalenka chwyciła czerwone wiaderko i ponownie ruszyła w kierunku wody. Spacerowała wzdłuż brzegu, szukając muszelek i odpowiednich kamyków. Zdawało jej się, że na plaży nie ma nikogo. Wszelki gwar ucichł. Tylko szum morza wydawał się coraz głośniejszy. Wkrótce wiaderko zapełniły muszle i kamyki. Magdalenka wróciła do swojej budowli. Przyklękła i wysypała znaleziska na kupkę. Białe muszelki zaczęła układać wzdłuż spirali. Dolną część wyłożyła ciemnymi muszlami. Zamek otoczyła szarymi kamykami. Mur obronny również ozdobiła muszelkami. Szum morza zdawał się dziewczynce coraz bardziej natarczywy.

Ponownie spojrzała w słońce, mrużąc oczy. Piekło nieprzerwanie. Przed jej oczami pojawiły się kolorowe plamki. Kiedy skierowała wzrok na zamek z piasku, kolory nadal migotały, a sama budowla wydała jej się znacznie większa niż przed chwilą. Mur także wyglądał jakoś inaczej. Magdalenka ukucnęła i przechyliła głowę. Coś się nie zgadzało. Dostrzegła okienko, którego wcześniej tam nie było. Przyłożyła do niego oko. Ujrzała rozległą komnatę, całą wyłożoną muszlami. Pośrodku stał perłowy tron. Dziwny blask bijący od niego poraził Magdalenkę. Przetarła piąstkami oczy i jeszcze raz spojrzała przez okienko. Tym razem na tronie dostrzegła miniaturową postać – szczupłą, delikatną i srebrzystą. Niemal przezroczystą. Miniaturowa dziewczyna miała na sobie sukienkę, która wyglądała jakby była zrobiona z morskiej piany. Na jej skroniach widniała korona. Maleńka królewna rozczesywała swoje długie, białe, migotliwe włosy. Magdalenka położyła się na piasku i oparła brodę na dłoniach. Wciąż patrzyła przez okienko. Wraz z szumem morza do jej uszu docierały słowa…

W dalekim królestwie żyła piękna królewna Małgorzata. Mieszkała w cudownym pałacu, nad brzegiem morza. Jego jasne wieże wznosiły się dumnie i jaśniały w słońcu. Sala tronowa, w której królewna zwykle przyjmowała swych poddanych była wyłożona muszlami, kwarcem, koralem oraz rozmaitymi kamieniami szlachetnymi. Cała skrzyła się, gdy przez okna zaglądały do niej promienie słoneczne. Posadzkę zdobiły wizerunki zwierząt i roślin morskich, które zdawały się poruszać pod stopami. Pośrodku sali pysznił się tron z masy perłowej. To na nim zasiadała Małgorzata. Wokół niej na białych poduszkach spoczywały szlachetnie urodzone panny. Mimo, że każda odznaczała się niezwykłą urodą, królewna jaśniała wśród nich niczym najrzadsza perła. Małgorzata słynęła nie tylko ze swej piękności, ale również z dobroci i mądrości. Znajdowała radę na każdy problem, z którym przychodzili do niej jej poddani, a spory rozsądzała sprawiedliwie. Kiedy tylko mogła, wraz ze swymi dwórkami udawała się na spacer nad morze. Tam dziewczęta zbierały muszle oraz bursztyny, śmiały się i śpiewały.

Pewnego ranka, podczas spaceru jedna z panien odnalazła na brzegu nieprzytomnego rozbitka. Królewna rozkazała przenieść go do pałacu. Tam wraz ze swymi dwórkami pielęgnowała chłopca, który wkrótce odzyskał przytomność. Młodzieniec różnił się od mieszkańców nadmorskiego królestwa, którzy byli jaśni i świetliści. Miał ciemną, złocistą skórę i bursztynowe oczy. Mowa przybysza również w niczym nie przypominała mowy mieszkańców Nadmorza. Chociaż jego rany szybko się zagoiły, chłopiec wciąż nie odzyskiwał sił, a medyk tylko kręcił głową. Ani królewna, ani nikt z pozostałych mieszkańców pałacu nie wiedzieli jak mu pomóc. Wreszcie nadworny astrolog, który był nie tylko mężem niezwykle uczonym, ale człowiekiem zwyczajnie mądrym, co nie zdarza się w końcu tak często, orzekł, że to nie ciało rozbitka choruje, a jego dusza. Jego duszę bowiem zżera tęsknota za domem, do którego nie może powrócić i obcość, którą czuje w nowym otoczeniu.

Gdy księżniczka wysłuchała swego astrologa, wraz ze szlachetnymi pannami uradziła, by na dwór sprowadzić muzykantów. To bowiem muzyka jest uniwersalnym językiem. Pozwala porozumiewać się pozornie obcym sobie ludziom. Młodzieniec najpierw nie chciał słuchać nadwornych grajków. Po jakimś czasie coraz częściej przysłuchiwał się muzyce. Bywało, że uśmiechał się i nucił usłyszane melodie. Wreszcie wybrał jeden z instrumentów i zaczął na nim grać. Jego muzyka była inna niż jakakolwiek, którą słyszano w Nadmorzu. Podobała się jednak królewnie i jej dwórkom. Podobała się także muzykantom, a nawet królewskim doradcom. Tylko mędrzec zamykał się w wieży, mrucząc niechętnie pod nosem. Wkrótce chłopiec grał i śpiewał wraz z nadwornymi muzykami. Z czasem nauczył się również mowy mieszkańców Nadmorza i w pieśniach opisywał kraj, w którym się urodził. Poddani królewny przychodzili do pałacu, by słuchać cudownych pieśni o nieznanym sobie zakątku świata, gorącym i niezwykłym. Najpiękniejsza ze wszystkich była jednak ta, którą chłopiec ułożył dla królewny. Sławiła ona jej urodę, dobroć i mądrość. Cały dwór, poddani, ministrowie, szlachetne panny, królewna, a nawet astrolog słuchali w zadumie cudownej pieśni, a wiatr niósł słowa w dalekie strony.

Śpiew młodzieńca dotarł również do uszu morskiego króla Karakina. Karakin od stuleci spał wraz ze swą armią w morskich głębinach. Pieśń, która dotarła do niego z brzegu zbudziła go z długiego snu. Zapragnął, by najpiękniejsza z pięknych została jego żoną. Wraz ze swoją opancerzoną armią ruszył więc w kierunku brzegu. Pewnego dnia, po wielkiej burzy, królewnę zbudzili dworzanie. Wokół zamku jak okiem sięgnąć, aż do linii morza rozłożone były setki połyskliwych, fioletowo-szarych pancerzy. Zalegała też niezwykła cisza. Królewna w otoczeniu straży wyszła z pałacu. Kiedy uczyniła pierwszy krok, armia króla Karakina rozstąpiła się, pozwalając jej przejść. Szła wąską drogą pomiędzy rycerzami, których broń stanowiły nie miecze, lecz olbrzymie szczypce. Na końcu tej przedziwnej drogi stał największy spośród przybyszy. Jego tors był trapezowaty, okryty twardym pancerzem. Przybyły poruszał się nerwowo, przebiegając z jednego boku na drugi. Królewna, pomimo przerażenia, które odczuwała na jego widok, postanowiła nie okazywać lęku. Gdy stanęła przed nieznanym sobie rycerzem, skłoniła się zgodnie z obyczajem Nadmorzan. Król Karakin pogładził szczypcami jej długie, srebrzyste włosy i przemówił:

– Witaj nadobna… Jam Karakin, król niedosiężnych głębin, cudownych ogrodów koralowych, władca wszystkich morskich stworzeń. O piękna Pani, sława twej urody dotarła do mojego królestwa. Jesteś jedyną kobietą, która zasługuje, by zostać moją żoną. Kiedy wyjdziesz za mnie będziesz władać nie tylko tym nędznym kawałkiem brzegu, ale całym królestwem głębin. – królewna spojrzała na przybysza zielonymi, przejrzystymi oczami.

– Królu, pochlebia mi Twoja propozycja, ale moje miejsce jest w Nadmorzu. Nie nadawałabym się nie królową głębin.

Gdy wyrzekła te słowa król Krab szczęknął szczypcami. Królewna wzdrygnęła się, ale nic nie powiedziała. Karakin skierował na nią swe dziwne oczy umieszczone na czułkach. Po chwili przemówił:

– Zastanów się dobrze Pani, gdyż jeśli odmówisz moje wojsko zburzy Twój pałac i zniszczy Twe królestwo. Niewiele mnie bowiem obchodzą sprawy ludzi.

–  Skoro tak jest, to dlaczego pragniesz bym została Twoją żoną?

– Jesteś Pani perłą, której pragnę, ale nie zawaham się zniszczyć Twojego świata, jeśli mi odmówisz. Masz czas do jutra rana!

Małgorzata nic nie odpowiedziała. Ukłoniła się i skierowała w stronę pałacu. Kiedy szła, ścieżka za nią zamykała się ze szczękiem. W sali tronowej pałacu zgromadzili się wszyscy doradcy królewny. Kapitan straży nie ukrywał, że nie mają szans z armią króla Karakina. W sali zapanował gwar. Ministrowie i doradcy przekrzykiwali się, dwórki płakały, a królewna milczała. Młodzieniec, którego pieśń sprowadziła króla krabów trącał w zamyśleniu struny swego instrumentu. Po dłuższym czasie Małgorzata przemówiła:

– Wyjdę za króla – Kraba! Nie mogę ryzykować życia moich poddanych. Dla króla Karakina życie ludzkie nie mam znaczenia!

Na te słowa szlachetne panny zaczęły płakać jeszcze głośniej, a doradcy kłócić się zajadlej. Tylko grajek wymknął się po cichu z sali tronowej i skierował schodami na wieżę, gdzie mieszkał astrolog. Powiedział mu o decyzji Małgorzaty, a ten pokiwał jedynie siwą głową. Mędrzec zaprowadził chłopca na balkon. Ku jego zaskoczeniu na balkonie oprócz wielkiej lunety i stojaka, na którym spoczywała wielka księga, służąca uczonemu do zapisywania obserwacji astronomicznych, znajdował się dywan i bogato zdobione poduszki. Grajek usiadł na jednej z nich, a mędrzec przyniósł gorącą, słodką herbatę w bańkowatych szklankach, przypominających te w których pijano kawę i herbatę w jego kraju. Dopiero wówczas chłopiec dostrzegł, że astrolog chociaż jego broda i włosy są białe niczym skrzydło gołębia, ma brązowe oczy i skórę ciemniejszą niż mieszkańcy Nadmorza. Spojrzał pytająco na swojego gospodarza, a ten ponownie skinął głową. Kiedy wypili herbatę i zjedli słodkie, lepkie ciasteczka, starzec wszedł do swojej komnaty. Po chwili przyniósł z niej księgę. Nie była to jednak księga czarów, a zbiór baśni, baśni z pewnego zamorskiego kraju.

Grajek nie potrafił czytać toteż mędrzec otworzył książkę na stronie, na której widniała rycina potężnej armii króla Kraba, drzemiącej na dnie morza. Przeczytał fragment w języku ludu, z którego wywodził się chłopiec. Ten uważnie wpatrując się w nieprzeniknione oczy starca zapytał czy jest jakiś sposób, by pokonać Karakina. Astrolog uśmiechnął się i przewrócił kilka kartek, ukazując dziwny rysunek, przedstawiający ptaka-potwowora. Młodzieniec słyszał o Dromadidzie jednak nie wiedział jak go sprowadzić. Z trudem przypominał sobie bajki, które snuła jego babcia. Mędrzec odrzekł, że Dromadida przywoła zapewne to samo, co obudziło i przywiodło do Nadmorza Karakina. Tej samej nocy młodzieniec usiadł na balkonie komnaty astrologa z instrumentem, na którym najchętniej grywał. Jednak mędrzec nakazał mu go odłożyć i zaprowadził młodzieńca go swego pokoju. Tam z głębi okutego kufra wyciągnął pakunek. Po rozwinięciu materiału oczom chłopca ukazał się instrument niepodobny do żadnego z widywanych w Nadmorzu. Wzruszony podziękował starcowi i wrócił na miejsce. Nastroił instrument i uderzył palcami w struny. Po chwili zaczął śpiewać we własnym języku dziwną pieśń, a niezwykła melodia tyle uwodziła, co drażniła. W tym czasie mędrzec usiadł obok ze skrzyżowanymi nogami i zapalił fajkę, na którą składały się kolorowe szklane tuby, wypełnione płynem i plątanina rurek. Dym unosił się w powietrzu, zataczając kręgi w kierunku morza. Szary obłok, ulatujący z fajki mędrca i niezwykła melodia zdawały łączyć się ze sobą i wraz z wiatrem szybowały nad falami. Morze było bardziej wzburzone niż kiedykolwiek.

Królewna długo rozmyślała w ciemnościach swojej komnaty. W końcu zasnęła zmorzona płaczem. Spała bardzo niespokojnie, przewracając się z boku na bok. Śnił jej się król Karakin i jego rycerze, otaczający zamek. Obrazy senne pojawiały się i znikały. Widziała bursztynowe oczy grajka, zapłakane dwórki, siebie w sukni ślubnej oraz mędrca pokazującego jej księgę, której tytułu jednak nie zdążyła dostrzec, gdyż obraz zniknął, tak nagle jak się pojawił. Wydawało jej się także, że słyszy szum skrzydeł, który z każdym kolejnym nocnym widziadłem stawał się wyraźniejszy. W ostatnim obrazie królewna zobaczyła pustą plażę. Stała na piasku, w wielkim cieniu. Naraz z góry usłyszała dźwięk, przywodzący na myśl krzyk mewy. Ten odgłos był jednak o wiele bardziej zgrzytliwy. Podniosła głowę i… obudziła się.

Z samego rana królewna Małgorzata ubrana w białą, pienista suknię wyszła z pałacu w towarzystwie dwórek. Armia króla Karakina rozstępowała się przed tym orszakiem. Młodzieniec, który znużony zasnął o świcie, obudził się z przestrachem i wybiegł z pałacu. Chciał podążyć za królewną, ale armia Karakina zagrodziła mu drogę. Chwycił instrument i zaczął śpiewać swoją pieśń. Wkrótce melodia dotarła do orszaku ślubnego. Szlachetne panny zaczęły mimowolnie ją nucić. Rycerze króla Karakina poruszyli się zaniepokojeni. Gdy królewna podawała swoją drobną dłoń Karakinowi, dało się słyszeć szum ogromnych skrzydeł. Powietrze przeszył skrzekliwy dźwięk i naraz wielki, biały kształt zakołował nad królewną i Karakinem. Małgorzata, niczym w swym śnie, uniosła głowę w górę. Nagle coś długiego i ostrego chwyciło króla. Ten krzyknął, a jego pancerz zachrzęścił głucho. Dromadid wzbił się ciężko w powietrze unosząc w dziobie króla głębin, który obudził się nie w porę. Wojsko pozbawione przywódcy zaczęło odstępować królewnę wraz z jej orszakiem i oddalać się od pałacu. Rycerze biegli w kierunku morza. Wkrótce stalowo-fioletowa masa zniknęła, przykryta ostatnią falą. Królewna spojrzała w kierunku grajka i uśmiechnęła się.

Magdalenka również się uśmiechnęła i przewróciła na drugi bok na hotelowej dostawce. Jej mama nie spała. Tego dnia dziewczynka dostała dreszczy. Doktor stwierdził, że zaszkodził jej nadmiar słońca. Mama pogłaskała zagadkowo uśmiechniętą Magdalenkę po głowie i postanowiła położyć się wreszcie. Tymczasem wyjątkowo duża fala zmyła piaskową budowlę, pozostawioną na brzegu.

No Comments

Post A Comment