Baśnie wRóże | O chorym koniu, miedzianym polu, srebrnym lesie i złotym sadzie
Baśnie wRóże. Prowadzę warsztaty bibio- i bajko- terapeutyczne, w których chcę pobudzać do twórczego myślenia oraz rozwijać umiejętności fantazjowania. Fantazjowanie pozwala nam bowiem dostrzegać pozytywne strony życia, cieszyć się małymi rzeczami i dostrzegać piękno tam, gdzie inni go nie widzą.
storytelling, bajki, baśnie, Poznań, Wielkopolska, opowiadanie, dziecięce fantazje
1848
post-template-default,single,single-post,postid-1848,single-format-standard,ajax_fade,page_not_loaded,,qode_grid_1300,qode-content-sidebar-responsive,qode-theme-ver-10.0,wpb-js-composer js-comp-ver-4.12,vc_responsive

O chorym koniu, miedzianym polu, srebrnym lesie i złotym sadzie

O chorym koniu, miedzianym polu, srebrnym lesie i złotym sadzie

W opowieści o O chorym koniu, miedzianym polu, srebrnym lesie i złotym sadzie starałam się zawrzeć najbardziej  charakterystyczne elementy baśni, takie jak trzykrotne powtórzenia, motyw wędrówki oraz metalizację. W historii, w dużych ilościach wystąpili: długobrodzi starcy, magiczne przedmioty i zwierzęcy pomocnicy! Tą baśniową zupę dedykuję miłośniczce koni Oli Kliber, która nadała właściwy kształt stronie – Baśnie wRóże. Zapamiętałam, że chciała by na blogu pojawiało się jak najwięcej bajek i opowiadań mojego autorstwa. Mam nadzieję, że jej nie rozczarowuję 🙂

O CHORYM KONIU, MIEDZIENYM POLU, SREBRNYM SADZIE I ZŁOTYM LESIE

Żył sobie raz, gdyż nie można żyć dwa razy, pewien młody mężczyzna. Mieszkał ze swoją matką w ubogiej chacie, a całym ich majątkiem była pochylona ze starości chałupina, spłachetek ziemi, kilka kur i koń. Jesienią mężczyzna zaprzęgał konia do pługa i orał swoje poletko. Zimą zwierzę ciągnęło sanki wiejskich dzieci. Wiosną, rżąc wesoło, konik woził młodzieńca i jego matkę do pobliskiego miasteczka na jarmark. Latem natomiast ciągnął wóz ze zbożem.

Pewnego razu zwierzę zachorowało. Mężczyzna sprowadził z miasta doktora od zwierząt. Ten wziął pieniądze, obejrzał konia, zapisał miksturę i wrócił do miasta. Syn i matka poili konia lekarstwem wedle przepisu, jednak zwierzę nie wracało do zdrowia. Zamożny sąsiad mężczyzny, który miał w swym gospodarstwie dużo zwierząt poradził okłady z otrąb w lnianych workach. Matka uszyła więc dwa lniane worki, po jednym na każdy bok konia. To również nie zdało się na wiele. Sąsiad zasmucony nieszczęściem młodzieńca poradził mu, by ten udał się do mądrej babki.

– Idź do mądrej, bo tylko ona zdoła Ci pomóc. Powiadają, że gdy zawinisz jej w czymś, wystarczy, że spojrzy na twoją owcę lub kozę, a ta zachoruje. Jeśli jednak ktoś pójdzie do niej z życzliwą prośbą, zaniesie jej trochę kaszanki, głowizny lub słodkiego placka babka chętnie go wysłucha. Ponoć zna lekarstwa i sposoby na każdą przypadłość.

Mężczyzna wziął, uszykowany przez matkę kosz jaj i udał się pod las, gdzie mieszkała staruszka. Pokłonił się jej i poprosił o pomoc. Wiedział, że jajka mogą stanowić zbyt skromną zapłatę za rady mądrej, więc zaproponował, że narąbie jej drewna na zimę i naprawi, co potrzeba. Staruszka przyjrzała się przybyszowi przenikliwie. Narzuciła chustę i kazała zaprowadzić się do zwierzęcia. Kiedy dotarli do gospodarstwa mądra babka poszła od razu do konia. Obejrzała go dokładnie, obmacała boki i pokręciła głową:

– Niewiele da się tu zrobić – rzekła w końcu.

– Jak to? To nasz przyjaciel i opiekun. Służy nam w szczęściu i nieszczęściu. Jeżeli jest jakiś sposób… – kobieta gestem uciszyła młodzieńca.

– Może znalazłaby się rada – stwierdziła.

– Jaka? Powiedz proszę mądra babko!

– Jeśli znajdziesz w sobie odwagę i cierpliwość, zdobędziesz lekarstwo dla swego przyjaciela. Czeka cię jednak daleka podróż.

– Mów proszę co mam robić!

– Musisz zdobyć złote jabłko z cudownej jabłoni. Tylko ono jest w stanie uleczyć każdą chorobę czy to ludzką, czy zwierzęcą.

– A gdzież mam szukać tej jabłoni? – zmartwił się młodzieniec.

– W złotym sadzie! – zaśmiała się babka, po czym spoważniała. – Musisz iść ścieżką za lasem, cały czas na wschód. Tak długo, aż trafisz do tego sadu. Drogę do niego, sam musisz odnaleźć. Pamiętaj, aby wciąż kierować się na wschód.

– Jakże to mądra babko? Mam szukać złotego sadu nie znając drogi?

– To twój wybór. Nie znam innego lekarstwa dla twego przyjaciela.

– Pójdę! – oświadczył mężczyzna.

– Dobrze – uśmiechnęła się staruszka. – Ruszaj zatem. Tymczasem niech twoja matka dba, by zwierzę odpoczywało w cieple i piło dużo wody. Pospiesz się, bo twój przyjaciel słabnie.

Mężczyzna zaczął szykować się do podróży. Matka włożyła mu do torby kilka podpłomyków i kawałek sera. Młodzieniec podziękował mądrej babce za radę, uściskał matkę, poklepał osowiałego konika i ruszył w drogę. Szedł przez wiele dni. Podążając wciąż na wschód, napotykał różne wsie. Jednak ich mieszkańcy nie słyszeli o złotym sadzie. Młodzieniec spał u dobrych ludzi i za kilka groszy podejmował się różnych prac. W końcu dotarł do dużej wsi, w której mieszkał znany ze swej mądrości kowal. Udał się do niego po radę. Kowal przyjął wędrowca i ugościł go w swej chacie, która przylegała do kuźni. Wielu przychodziło do niego ze swymi zgryzotami, a kowal, gdy tylko mógł udzielał im rady lub pomocy. Tym razem również uważnie wysłuchał opowieści przybysza, po czym rzekł rozłożywszy ręce:

– Niestety nie wiem gdzie znajduje się złoty sad, którego szukasz – Młodzieniec posmutniał, a kowal podrapał się w podbródek. – Słyszałem jednak o miedzianym polu, położonym na wschód od mojej wsi. Jest to niezwykłe pole. Wystarczy wrzucić jeden z rosnących na nim miedzianych kłosów do dowolnego roztopionego metalu, by ten stał się niezwykle twardy i odporny na uszkodzenia. Gdybym miał choć kilka takich kłosów wykuwałbym najwspanialsze lemiesze i podkowy. Nie mogę jednak ruszyć w drogę, bo zbyt wielu przychodzi do mnie po radę. Może właściciel miedzianego pola będzie wiedział, gdzie jest złoty sad

– Dziękuję kowalu. Odnajdę zatem miedziane pole, a jeśli będę mógł przyniosę ci kilka miedzianych kłosów.

Młodzieniec podziękował za gościnę i ruszył we wskazanym kierunku. Miał nadzieję, że właściciel miedzianego pola będzie wiedział gdzie znajduje się złoty sad. Szedł, aż zapadł zmrok. Przenocował w opuszczonej szopie. Wstał jeszcze przed świtem i posilił się tym, co otrzymał od kowala na drogę. Po śniadaniu ruszył dalej. Przed nim wschodziło słońce. Naraz oślepiła go metaliczna czerwień. Osłonił oczy dłonią. Wkrótce stanął na skraju rozległego pola. Dojrzałe kłosy, wyglądające jakby zrobiono je z czystej miedzi, bujały się lekko na wietrze. Nad polem latały maleńkie, miedziane ptaszki z długimi, zakrzywionymi dziobami. Ptaki wyłapywały w locie owady. Mężczyzna obserwował je zafascynowany. Naraz jeden z nich usiadł na kłosie, przyginając go w kierunku młodzieńca. Ten wyciągnął rękę, by go zerwać, ale uświadomił sobie, że nie może wziąć czegoś, co nie należy do niego. Ptaszek łypnął błyszczącym oczkiem i odfrunął. Mężczyzna rozejrzał się. Dostrzegł stojącą nieopodal niską chatę i ruszył w jej kierunku.

Wkrótce znalazł się przed szarymi drzwiami, na których zawieszono wieniec z miedzianych kłosów. Młodzieniec dotknął go z podziwem, po czym zapukał. Po krótkiej chwili otworzył mu rumiany starzec z długą, rudą brodą. Młodzieniec pokłonił się i korzystając z przywileju wędrowca poprosił o gościnę. Starzec zaprosił przybysza do środka. Poczęstował go jadłem i napitkiem. Pokrzepiwszy się nieco mężczyzna opowiedział swemu gospodarzowi o sprawie, z którą do niego przychodzi. Kiedy zapytał o złoty sad, starzec zamyślił się, po czym z rozczarowaniem pokręcił głową.

– Niestety chłopcze. Nie słyszałem o złotym sadzie. Wiem jednak gdzie znajduje się srebrny las. Rosną w nim niezwykłe dęby. Niczego bardziej nie pragnę, niż mieć srebrny żołądź. Drzewo, które z niego wyrośnie każdemu zapewni ochronę. Żaden wróg bowiem nie dostrzeże tego, który mieszka pod srebrnym dębem. Nie mogę jednak tam iść, gdyż nie wolno mi zostawić pola bez opieki. Może właściciel srebrnego lasu będzie wiedział gdzie znajduje się złoty sad.

– Dziękuję gospodarzu! Skorzystam z twojej rady. Chciałbym jednak wiedzieć po cóż tobie srebrny żołądź?

Rudobrody bez słowa otworzył drzwi i wyszedł przed chatę. Młodzieniec stanął obok niego. Przed nimi roztaczał się widok na miedziane pole, nad którym uwijały się ptaszki, przypominające duże trzmiele.

– Widzisz moje ptaki? Są, podobnie jak twój koń, moimi najwierniejszymi pomocnikami. Wyłapują wszystkie szkodniki i dzięki temu zboże jest dorodne i zdrowe. Niestety moi ptasi przyjaciele nie mają gdzie zakładać gniazd. Wszędzie jak okiem sięgnąć równina. Wiją więc gniazda w zbożu, ale tam są narażone na ataki lisów i łasic. Gdybym miał srebrny żołądź, zasadziłbym go przy chacie, by wyrósł z niego srebrny dąb. Wówczas ptaki mogłyby wić gniazda w jego koronie i bylibyśmy wszyscy bezpieczni.

– Ugościłeś mnie gospodarzu i udzieliłeś mi dobrej rady. Kiedy dotrę do srebrnego lasu, poproszę jego właściciela o żołądź. Mam jednak i ja sprawę do Ciebie. Kowal, który wskazał mi drogę do twego gospodarstwa pragnie mieć chociaż kilka miedzianych kłosów. Chce wzmocnić nimi swój metal i wykuwać wytrzymałe podkowy oraz lemiesze.

Rudobrody odwrócił się do drzwi i zdjął z nich wieniec.

– Daj to kowalowi – rzekł z powagą. – Powiedz mu, że każdy lemiesz wykuty z metalu, do którego wrzuci miedziany kłos, będzie wchodził w ziemię jak w masło. Zaś wszystkie podkowy staną się niezwykle mocne, a konie będą stąpać po najtwardszej ziemi, niczym po puchowych poduszkach. Niech jednak pamięta, że z tego metalu nie wolno mu wykuć żadnej broni ani korony, gdyż nie jest on przeznaczony dla tych, co chcą wojować lub władać.

– Dziękuję, powtórzę kowalowi wszystko, co mi powiedziałeś – przyrzekł uroczyście mężczyzna.

Rudobrody uśmiechnął się. Wszedł do chaty. Po chwili wrócił z małym woreczkiem i zawiniątkiem w ręku.

– Masz tu kawałek placka z makiem na drogę i woreczek wyłuskanego ziarna. Jestem pewien, że przyda ci się ono.

Młodzieniec z szacunkiem przyjął dary od rudobrodego. Podziękował za pomoc i gościnę, po czym ruszył w dalszą drogę. Szedł cały dzień. Przenocował pod przydrożnym drzewem, a przed świtem wstał, posilił się plackiem z makiem i poszedł we wskazanym przez rudobrodego kierunku. Naprzeciw niego wschodziło słońce. Jednak jego blask wydawał się zimny. Mężczyzna mrużył i osłaniał oczy. W końcu dotarł na skraj lasu. Wszedł na cienistą drogę. Otoczył go metaliczny mrok. Spojrzał w górę. Zobaczył ogromne, srebrne korony. Naraz, tuż pod jego stopy spadła gałązka ze srebrnym żołędziem i liściem. Już chciał ją podnieść i spełnić obietnicę złożoną rudobrodemu gospodarzowi, ale w ostatniej chwili cofnął rękę. W tym momencie pod jego nogi skoczyła srebrzysta wiewiórka. Spojrzała bystro na przybysza, przekrzywiając głowę. Czekała. Wędrowiec podniósł gałązkę i podał zwierzęciu. Wiewiórka chwyciła żołądź i pomknęła w głąb lasu, by po chwili wspiąć się na jedno z drzew. Mężczyzna podążył za nią wzrokiem. Ze zdumieniem dostrzegł, że wśród gałęzi pracowicie uwijały się setki srebrzystych wiewiórek.

Po chwili ruszył leśną drogą, która wkrótce doprowadziła go do rozległej polany. Stała na niej leśniczówka. Na werandzie obok drzwi, do których przybito srebrną gałązkę z jednym liściem i trzema żołędziami, siedział starszy mężczyzna. Miał długą siwą brodą i ubrany był w kurtkę leśnika. Na kolanach trzymał coś, co zlewało się kolorem z jego brody.

– Dzień dobry gospodarzu – przywitał się wędrowiec. – Czy to twój las?

– Ano mój – przytaknął mężczyzna.

Dopiero wówczas młodzieniec zauważył, że leśniczy trzyma na kolanach zwiniętą w kłębuszek, srebrzystą wiewiórkę. Starzec wskazał wędrowcowi miejsce obok siebie na ławie. Przysunął do niego drewnianą misę ze słodkimi bułeczkami oraz dzbanek z herbatą. Młodzieniec podziękował za poczęstunek. Sięgając po bułeczkę zerknął w okno. Wydawało mu się, że zauważył bladą dziewczęcą twarz. Kiedy już odpoczął, zapytał:

– Czy wiecie może, gdzie znajduje się złoty sad?

– Złoty sad? – zamyślił się siwobrody, nie przestając głaskać zwierzęcia, śpiącego na jego kolanach. – A po cóż ci szukać złotego sadu? Nie każdy może go znaleźć i nie każdy powinien do niego trafić.

Młodzieniec opowiedział leśniczemu o chorobie swojego wiernego towarzysza, o radzie mądrej babki i wszystkich przygodach jakie spotkały go podczas długiej wędrówki. Leśniczy popatrzył na niego życzliwie i ze smutkiem.

– I mnie przydałoby się złote jabłko! – powiedział.

Młodzieniec pytająco spojrzał na wiewiórkę. Mężczyzna wówczas roześmiał się gorzko.

– Nie o nią chodzi, chociaż prawdą jest, że moje wiewiórki również potrzebują pomocy.

Starzec ostrożnie podniósł zwierzątko i pokazał je gościowi. Wiewiórka miała wyłamany siekacz. Młodzieniec delikatnie pogłaskał zwierzę po głowie.

– Moje wiewiórki żywią się żołędziami, ale przede wszystkim pomagają dębom kiełkować. Aby srebrny dąb wzrósł, żołądź musi być nadgryziony. Niestety srebrne żołędzie są wyjątkowo twarde, dlatego wiewiórki często łamią sobie zęby.

Młodzieniec chwilę pomyślał, po czym wyjął z torby worek z miedzianym ziarnem. Podszedł do wiewiórki z wyłamanym zębem i podsunął jej garść miedzianego zboża. Zwierzę wzięło do pyszczka kilka ziaren, a ząb odrósł w jednej chwili. Młodzieniec zapytał zdumionego leśniczego czy istnieje sposób, by zwołać wszystkie wiewiórki. Wówczas srebrnobrody zagwizdał przeciągle. W jednej chwili polana zaroiła się od srebrzystych zwierząt. Gdy ostatnia spóźniona wiewiórka nadbiegła i wdrapała się na werandę, młodzieniec wyjął z torby worek z miedzianym ziarnem. Wysypał jego zawartość. Wiewiórki zjadały zboże, a ich zęby stawały się twarde.

– Teraz nie potrzebujecie już złotego jabłka – stwierdził z uśmiechem młodzieniec. Siwobrody uśmiechnął się smutno, westchnął i powiedział.

– Mam córkę. Jest bardzo chora, a ja nie mogę opuścić mego lasu i udać się po złote jabłko.

– Jak to? Słyszałem, że mieszkańcy domu, przy którym rośnie srebrny dąb są zawsze bezpieczni, a pański dom otacza przecież srebrna dębina.

– Srebrne dęby chronią przed napaścią, ale nie przed chorobami – westchnął leśniczy.

– Nie martwcie się! Skoro idę do złotego sadu to i dla waszej córki przyniosę złote jabłko. – Leśniczy rozpromienił się słysząc te słowa. – Mam jedną prośbę. Właściciel miedzianego sadu, który podarował mi ziarno, pragnąłby mieć srebrny żołądź. Chce zasadzić go przy swej chacie, aby wyrósł z niego potężny dąb. W jego koronie znajdą schronienie miedziane ptaki, bez których cudowne zboże nie może zdrowo rosnąć.

Słysząc te słowa siwobrody uśmiechnął się. Podszedł do drzwi i zdjął z nich gałązkę z trzema srebrnymi żołędziami i jednym srebrnym liściem.

– Daj to gospodarzowi miedzianego pola. Dzięki jego podarunkowi zapewniłeś zdrowie wiewiórkom, bez których srebrny sad przestałby istnieć. Pragnę się odwdzięczyć. Niech miedziane ptaki mają gdzie budować gniazda. Wszystkie żołędzie wykiełkują – zapewnił leśniczy pokazując zgrabne nagryzienia, pozostawione przez zęby wiewiórek. – Niech jednak pamięta, że ten kto sadzi srebrny dąb nie dla bezpieczeństwa, ale by odgrodzić się od świata i ludzi, sprowadzi na siebie jedynie zgubę.

– Przekażę to ostrzeżenie – zapewnił uroczyście wędrowiec, chowając dar do torby.

Już miał ruszać w dalszą drogę, kiedy drzwi chaty skrzypnęły. W progu stanęła dziewczyna tak szczupła, że wydawała się przezroczysta. W swej błękitnej sukience przypominała delikatną ważkę. Leśniczy podbiegł do córki, a ta wsparła się na jego ramieniu. Dziewczyna miała szare, proste włosy i ogromne srebrzyste oczy. Wyciągnęła w kierunku mężczyzny dłonie, w których trzymała butelkę i węzełek.

– Mam dla ciebie podarunek dobry człowieku. To nalewka ze srebrnych żołędzi. Każdy, kto jej użyje, stanie się odporny na ugryzienia zwierząt, razy miecza i noża. Niech chroni ciebie lub tego, komu zapragniesz ją podarować – powiedziała słabym głosem. – Przygotowałam też coś do zjedzenia, żebyś nie czuł głodu w czasie drogi.

Mężczyzna wzruszył się dobrocią dziewczyny i podziękował za dary. Ujął drobne rączki i obiecał, że zrobi wszystko, by zdobyć złote jabłko, które przywróci jej zdrowie. Pożegnał się i udał we wskazanym kierunku. Szedł cały dzień, nie mijając po drodze żadnej wsi, ani człowieka. Noc spędził pod gołym niebem, a wraz ze świtem wstał, posilił się i poszedł przed siebie. Nie uszedł daleko, kiedy słońce zaczęło wschodzić. Mężczyźnie ukazała się złota łuna. Przyspieszył kroku, będąc pewnym, że jest już prawie u celu. Po godzinie marszu dotarł do mosiężnej, zdobionej bramy. Jedno z jej skrzydeł było uchylone. Przeszedł przez bramę i stanął na szerokiej alei. Na jej krańcu, w oddali widniał biały dworek. Po obu stronach rosły jabłonie obwieszone wielkimi, złotymi owocami. Gałęzie uginały się do ziemi pod ich ciężarem. Podszedł do jednego z drzew i dotknął dorodnego owocu. Był ciepły i ciężki. Już chciał go zerwać, kiedy pomyślał, że nie należy do niego. Na gałęziach znajdowały się nie tylko owoce, ale także kwiaty. Mężczyzna dostrzegł dziwny ruch wokół siebie. Po dłuższej chwili zauważył, że nad rozchylonymi kielichami latają motyle o cienkich, niemal przezroczystych skrzydłach. Siadały na kwiatach i kiedy tylko odfruwały, te natychmiast zawiązywały się w złote owoce. Z trudem odwrócił wzrok i ruszył w kierunku dworku.

Wkrótce stanął przed rozległym dziedzińcem z pięknym klombem pośrodku i pomyślał, że musi tu mieszkać jakiś możny pan. Z lewej strony za dworkiem dostrzegł stajnię i ludzi kręcących się wokół niej. Obszedł klomb. Na różnokolorowych kwiatach gromadziło się wiele motyli, ale w przeciwieństwie do owadów uwijających się wśród jabłoni, te miały poszarpane skrzydła. Stanął przed rzeźbionymi drzwiami frontowymi ze złotą kołatką w kształcie podkowy. Zastukał do drzwi. Po dłuższej chwili otworzył mu starszy mężczyzna w liberii. Młodzieniec chciał się przedstawić, ale sługa bez słowa uchylił drzwi i skinął na niego. Wędrowiec wszedł do mrocznego wnętrza. Przeszli przez szeroki hol. Na jego ścianach wisiało wiele zakurzonych obrazów. Wkrótce znaleźli się w obszernym salonie. Mężczyzna rozglądał się ciekawie. Zobaczył wspaniałą bibliotekę, pełną ksiąg, wazy z błękitnej porcelany i lakierowane biurko. Pomimo przepychu w pomieszczeniu dawało się wyczuć dziwny smutek. Sługa podszedł do oszklonych drzwi i otworzył je.

W jednej chwili salon zatonął w blasku. Mężczyzna osłonił ręką oczy i niepewnie przekroczył próg. Znalazł się na tarasie. Stał na nim duży stół i wiklinowe fotele. Na jednym z nich siedział złotobrody starzec w letnim garniturze i słomkowym kapeluszu. Popijał herbatę z błękitnej filiżanki, ozdobionej złotymi listkami i zamyślony spoglądał przed siebie. Najwyraźniej nie zauważył przybysza. Po chwili ocknął się, spojrzał na swego gościa i bez słowa wskazał mu fotel naprzeciw siebie. Mężczyzna przywitał się, podziękował i usiadł. Sługa nalał herbaty do drugiej filiżanki i podał ją gościowi. Na stole stała złota patera wypełniona cudownymi owocami. Młodzieniec nie mógł oderwać od nich oczu. Na jednym z nich dostrzegł motyla z poszarpanymi skrzydłami. Owad ciężko poderwał się w górę i przysiadł na spodku tuż przy palcu mężczyzny. W końcu złotobrody spojrzał na młodzieńca i zapytał go o przyczynę jego przybycia. Ten opowiedział mu o chorobie swego wiernego konia, radzie mądrej babki i wszystkim co go spotkało podczas długiej wędrówki. Najgrzeczniej jak potrafił poprosił o dwa złote jabłka. Jedno dla swego przyjaciela, a drugie dla córki leśniczego ze srebrnego lasu. Starzec spojrzał osobliwie na przybysza, po czym rzekł:

– Mogę ci dać jedno złote jabłko, więc musisz wybrać kogo uleczysz.

– Jak mam zdecydować kogo uleczyć? Nie potrafię wybrać pomiędzy wiernym towarzyszem, a młodą dziewczyną, której ojciec potraktował mnie tak życzliwie – odrzekł mężczyzna, patrząc na paterę pełną cudownych owoców.

– Nie mogę ci dać dwóch jabłek. Wielu tu do mnie przychodzi i każdy odchodzi jedynie z jednym owocem. Musisz uwierzyć, że moich jabłek jest mniej niż tych, którzy ich potrzebują.

– Dlaczego, skoro masz ich tyle? – spytał mężczyzna wskazując na paterę – W sadzie gałęzie uginają się od owoców.

– Mój sad umiera – odpowiedział złotobrody ze smutkiem.

– Jak to?

– Spójrz tam – starzec wskazał ręką kierunek, w którym wcześniej patrzył.

Od strony tarasu było widać część sadu znajdującą się z tyłu dworku. Stało tam mnóstwo uschniętych drzew, a po niebie krążyły czarne ptaki.

– Co się stało?

– Moje jabłonie potrzebują motyli, które zapylają kwiaty. Bez nich nie zawiązują się owoce, a drzewa które nie owocują, obumierają. Motyli jest coraz mniej. Rodzą się one z ludzkiej fantazji. Im bardziej praktyczne i nieczułe stają się ludzkie umysły, tym mniej motyli pojawia się w moim sadzie. Ich skrzydła są tak delikatne, że uszkodzić je może najmniejszy podmuch wiatru. Jednak najgorsze są one! – Złotobrody wskazał na ptaki kołujące nad drzewami – Zagnieździły się tu już jakiś czas temu. Narodziły się ze złości i ignorancji. Atakują motyle! Dziobią kwiaty i owoce.

Mówiąc to złotobrody wziął z patery owoc i podał młodzieńcowi. Z jednej strony jabłka widniał ślad dzioba. Od uszkodzenia rozchodził się krąg szarości. W tym momencie duży czarny ptak, przypominający nieco gawrona przysiadł na balustradzie i zaskrzeczał szyderczo. Złotobrody zerwał się, przegonił ptaka kapeluszem, po czym ponownie usiadł w wiklinowym fotelu.

– Jabłka uszkodzone przez ptaki, tracą swoje właściwości. Ten, kto zje takie jabłko wprawdzie wróci do zdrowia, ale jego duszę zatruje gorycz i przestanie przypominać tego, kim był wcześniej – stwierdził starzec. Młodzieniec zamyślił się.

– Czy możesz Panie w jakiś sposób przywołać motyle? – zapytał.

Starzec uśmiechnął się i klasnął w dłonie. Naraz powietrze wypełniło się migotliwym szumem. Zewsząd sfruwały motyle, mieniąc się w słońcu. Obsiadły złotobrodego, filiżanki i brzegi patery. Młodzieniec wyjął z torby butelkę ze srebrną nalewką. Odstawił filiżankę i nalał na spodek srebrzystego płynu. Motyle, czując jego zapach zaczęły krążyć nad spodkiem. Przysiadały na powierzchni nalewki, a ich skrzydła momentalnie wysrebrzały się i zdawały być o wiele bardziej materialne. Wkrótce nad stołem unosiła się chmura srebrnych motyli, których silne skrzydła były w stanie wprawić powietrze w ruch. Złotobrody patrzył na nie ze zdumieniem. Po chwili motyle odfrunęły w kierunku sadu.

– To nalewka ze srebrnych żołędzi – powiedział młodzieniec. – Każdy kto jej użyje staje się odporny na ataki, czy to zwierząt czy ludzi.

Zakorkował butelkę i przysunął ją do starca. Następnie sięgnął ponownie do torby i wyjął z niej srebrną gałązkę. Oderwał jeden z trzech żołędzi i podał złotobrodemu mówiąc:

– Wyrośnie z niego dąb, który będzie chronił pańskie domostwo przed wszelkimi niebezpieczeństwami. Trzeba jednak pamiętać, że tego kto sadzi żołądź, nie dla ochrony a jedynie po to, aby odgrodzić się od świata czeka niechybna zguba.

– Dlaczego to robisz? – zapytał zduszonym głosem starzec.

– Nie może zabraknąć złotego sadu. Sam mówiłeś panie, że złotych jabłek jest mniej niż tych, którzy ich potrzebują. – Złotobrody wziął żołądź, po czym wskazał dłonią na złotą paterę.

– Pomogłeś mi, więc i ja nie mogę zostawić cię w potrzebie. Wybierz jabłko dla swego konika i dla dziewczyny. Tylko to, które ci pokazałem jest uszkodzone, więc nie obawiaj się.

Rozpromieniony mężczyzna sięgnął do patery. Wziął dwa dorodne jabłka i schował je do torby. Wówczas starzec wstał i wskazał na oszklone drzwi.

– Musisz się spieszyć – rzekł. Młodzieniec posmutniał, myśląc o tym jak długa droga powrotna go czeka. W tym momencie złotobrody uśmiechnął się tak, jakby czytał mu w myślach – Chodź do mojej stajni. Użyczę ci wierzchowca.

– Ależ jak go zwrócę?

– Oto się nie martw. Ten rumak sam wróci do domu.

Wyszli z dworku i skierowali się ku stajni. Stanęli przed wrotami. Koniuszy nadzorował właśnie wyprowadzanie koni na pastwisko. Młodzieniec nie mógł nadziwić się urodzie wierzchowców należących do pana z dworku. Każdy z nich miał złotą sierść, grzywę zaplecioną w warkocze oraz wspaniały ogon przyozdobiony kolorowymi wstęgami. Jednak złotobrody nie wskazywał na żadnego z nich. Na końcu sam koniuszy wyprowadził olbrzymiego, złotego rumaka z dziwnym zgrubieniem na grzbiecie. Młodzieniec nigdy w życiu nie widział tak wielkiego konia.

– Oto twój wierzchowiec – powiedział starzec. Poklepał zwierzę, a to pochyliło ku niemu swój ogromny łeb. Złotobrody wyszeptał kilka słów. Rumak zastrzygł uszami – Wsiadaj młodzieńcze powiedział z uśmiechem właściciel złotego sadu.

Mężczyzna pożegnał się z panem białego dworku, podziękował za jabłka i podszedł niepewnie do konia. Zwierzę schyliło się i przyklękło. Młodzieniec wskoczył na grzbiet olbrzyma. Naraz poczuł, że coś za jego plecami poruszyło się. Koń rozwinął ogromne, złote skrzydła, które do tej pory przylegały do jego ciała i wzniósł się w powietrze. Złotobrody zdjął kapelusz i pomachał na pożegnanie swemu gościowi:

– Żegnaj młodzieńcze! Dziękuje ci za wszystko!

Oszołomiony mężczyzna patrzył na świat w dole. Koń szybko przemierzał przestworza. Nie minęło wiele czasu kiedy dotarli do srebrnego lasu. Wędrowiec wręczył leśniczemu złote jabłko. Ten nie posiadał się ze szczęścia. Pobiegł do córki czekającej na lekarstwo. Gdy tylko dziewczyna zjadła owoc, w jednej chwili odzyskała siły. W dodatku jej włosy stały się złote. W srebrnym lesie zapanowała ogromna radość. Zewsząd przybiegały wiewiórki, obsiadając dziewczynę, która śmiała się i tańczyła. Młodzieniec patrzył na to z zachwytem. W podzięce leśniczy postanowił ugościć mężczyznę. Ten jednak pragnął czym prędzej wrócić do domu, aby pomóc swemu przyjacielowi. Pożegnał się i podszedł do konia. Rumak nie przyklęknął i nie pochylił głowy. Parsknął znacząco i popchnął go pyskiem w kierunku dziewczyny. Młodzieniec spojrzał w oczy pięknej pannie i ujął jej dłonie. Następnie zwrócił się do srebrnobrodego i z szacunkiem należnym ojcu, poprosił o rękę dziewczyny. Srebrnobrody spojrzał na córkę, a ta skinęła głową. Uśmiechnął się i pobłogosławił im z całego serca.

Młodzi pożegnali się serdecznie ze srebrnobrodym i podeszli do wierzchowca, który tym razem parsknął z aprobatą i pozwolił się dosiąść. Wznieśli się w powietrze. Patrzyli jak srebrny las znika powoli z horyzontu. Nie minęło wiele czasu, a rumak wylądował przed skromną chatą właściciela miedzianego pola. Mężczyzna wręczył rudobrodemu obiecany żołądź. Przestrzegł go jednak, że srebrny dąb ma chronić jego i miedziane ptaki, ale nie może służyć odcięciu się od świata i ludzi. Rudobrody podziękował za dar. Młodzieniec i dziewczyną pożegnali się z gospodarzem i odlecieli. Wkrótce przybyli do wsi, w której mieszkał kowal. Mężczyzna wręczył mu wieniec z miedzianych kłosów. Ostrzegł go też, że nie wolno mu wykuć z magicznego metalu żadnej broni ani korony, gdyż nie jest on przeznaczony dla tych, co chcą wojować lub władać. Kowal podziękował za podarunek i przysiągł, że nie nadużyje zaufania właściciela miedzianego pola. Jeszcze przed zachodem słońca wędrowcy dotarli do domu młodzieńca.

Przed domem zastali matkę mężczyzny, która codziennie wyczekiwała powrotu syna. Zgodnie z radami mądrej babki troskliwie pielęgnowała konika, ale ten słabł z każdym dniem. W końcu przestał jeść i unosić się ze swojego posłania. Młodzieniec i dziewczyna pobiegli do prostej stajenki, w której mieszkało zwierzę. Koń leżał bez ruchu. Mężczyzna podał mu owoc, ale zwierzę nawet nie otworzyło oczu. Dziewczyna głaskała jego chrapy. Po policzkach młodzieńca popłynęły łzy. Wówczas podszedł do niego rumak złotobrodego. Chwycił w zęby torbę, którą ten miał zawieszoną na ramieniu. Wypadła z niej dębowa gałązka z ostatnim żołędziem i srebrnym listkiem. Gdy dziewczyna to zobaczyła, chwyciła gałązkę, oderwała od niej liść i przyłożyła do czoła chorego konia.

– Kto się srebrnym liściem osłoni, tego śmierć zabrać nie może – rzekła.

Zwierzę otworzyło oczy. Mężczyzna podał dziewczynie jabłko, a ona nakarmiła nim konia. Ten w jednej chwili odzyskał siły, podniósł się, a jego sierść przybrała złoty kolor. Szczęśliwy mężczyzna obejmował szyję konia. Jego matka przytuliła złotowłosą i srebrnooką dziewczynę. Rumak złotobrodego zarżał z zadowoleniem, rozłożył skrzydła, wzbił się w powietrze i odleciał, kierując się na wschód. W miejscu, w którym odbił się od ziemi pozostała złota podkowa. Matka mężczyzny zabrała ją i przybiła do drzwi domu. Przybiła ją na szczęście i rzeczywiście szczęście już nigdy tej chaty nie opuściło.

Mężczyzna i złotowłosa dziewczyna pobrali się i zamieszkali z matką. Dziewczyna posadziła ostatni żołądź pod chatą. Wyrósł z niego rozłożysty dąb, który chronił ich przed wszelkimi niebezpieczeństwami. Córka srebrnobrodego wysiała też kilka miedzianych ziaren, które wykruszyły się z wieńca i upadły na dno torby młodzieńca. Wkrótce wyrosło z nich małe poletko miedzianego zboża, a w koronie dębu uwiły gniazdo dwa miedziane ptaszki, które przyfrunęły ze wschodu. Mężczyzna codziennie wieczorem czyszcząc konia, zbierał ze zgrzebła po kilka złotych włosów, które odkładał skrupulatnie do lnianego worka. A do czego przydały się im te wszystkie dobra, to już zupełnie inna bajka.

2 komentarze
  • Magdalena
    Posted at 12:03h, 23 lutego Odpowiedz

    Piękna historia, pięknie napisana. Z niecierpliwością będę czekała jej dalszego ciągu. Trafiłam na blog niedawno i dawkuję sobie po troszeczkę, tak mi się tu podoba.

    • Joanna Furdal
      Posted at 23:19h, 23 lutego Odpowiedz

      Dziękuję za miłe słowa! Musze przyznać, że na początku baśń „O chorym koniu, miedzianym polu, srebrnym lesie i złotym sadzie” miała być zamkniętą całością. Jednak osoba, która przeprowadza korektę moich tekstów stwierdziła, że oczekiwała skutków przestróg, jakie otrzymywali kolejni obdarowywani. Po tej uwadze zaczęłam zastanawiać się nad kolejną historią.

Post A Comment