Baśnie wRóże | Nareszcie w Titót!
Baśnie wRóże. Prowadzę warsztaty bibio- i bajko- terapeutyczne, w których chcę pobudzać do twórczego myślenia oraz rozwijać umiejętności fantazjowania. Fantazjowanie pozwala nam bowiem dostrzegać pozytywne strony życia, cieszyć się małymi rzeczami i dostrzegać piękno tam, gdzie inni go nie widzą.
storytelling, bajki, baśnie, Poznań, Wielkopolska, opowiadanie, dziecięce fantazje
1867
post-template-default,single,single-post,postid-1867,single-format-standard,ajax_fade,page_not_loaded,,qode_grid_1300,qode-content-sidebar-responsive,qode-theme-ver-10.0,wpb-js-composer js-comp-ver-4.12,vc_responsive

Nareszcie w Titót!

Nareszcie w Titót!

Bajkowa opowieść z pogranicza snu. Titót istnieje naprawdę, a przynajmniej istnieje w wyobraźni, a to już coś. Swego czasu dojeżdżał tam kartonowy pociąg, do powstania którego przyczyniłam się osobiście. „Pawełek wyjrzał przez okno. Kłęby kurzu powoli opadały. Jego drobinki migotały w słońcu. Chłopiec zmrużył oczy. W końcu udało mu się dostrzec przekrzywioną tablicę z nazwą stacji. Przeliterował napis – Titót.”

NARESZCIE W TITÓT

Gdy jedzie się pociągiem pierwszy raz w życiu, zwykła podróż z Poznania do Mosiny wydaje się wyjątkowa. Wszystko jest nowe i ekscytujące. Mama opowiada o tym jak kupuje się bilety, po co są kasy i gdzie można dojechać pociągiem. Za oknem przesuwają się kolejne obrazy i trudno usiedzieć w jednym miejscu. Jednak gdy z Poznania do Mosiny jeździ się często, trasa ta staje się monotonna. Za oknem przesuwają się znane już obrazy. Powieki stają się coraz cięższe, a pociąg wciąż stuka miarowo. Wkrótce daje się rozróżnić jedynie charakterystyczne ti ti tut, ti ti tut, ti ti tut…

☼☼☼

Pociąg zatrzymał się. Pawełek wyjrzał przez okno. Kłęby kurzu powoli opadały. Jego drobinki migotały w słońcu. Chłopiec zmrużył oczy. W końcu udało mu się dostrzec przekrzywioną tablicę z nazwą stacji. Przeliterował napis – Titót. Zmarszczył brwi. Mama spała obok. Pawełek potrząsnął ją za ramię, ale jedynie zamruczała. Chłopiec popatrzył na pana z naprzeciwka. Również spał, przyciśnięty do okna, z głową wtuloną w płaszcz. Pawełek zsunął się z siedzenia i podreptał do przejścia między przedziałami. Drzwi były otwarte. Chłopiec wyjrzał przez nie ostrożnie. Na peronie stał konduktor. Miał czarne wąsy i prostą grzywkę wystającą spod czapki. Pawełek zauważył, że mundur mocno opinał pękaty brzuch konduktora. Spojrzał na niego poważnie. Ten uśmiechnął się szeroko.

– Witamy w Titót! – zahuczał wesoło.

Pawełek popatrzył niepewnie na mężczyznę. Mama ostrzegała go przed rozmowami z obcymi ludźmi. Z drugiej strony, mówiła też, że jeżeli podczas podróży pociągiem wydarzy się coś nieoczekiwanego, najlepiej poszukać konduktora. Jeszcze raz spojrzał na śpiących w przedziale. Mama poruszyła się lekko przez sen. Chłopiec zwrócił głowę w kierunku uśmiechniętego, wąsatego oblicza.

– Dzień dobry – powiedział grzecznie. – Czy coś się stało? – zapytał.

– Dojechałeś do Titót – roześmiał się mężczyzna.

Była to najwyraźniej odpowiedź. Konduktor podał rękę Pawełkowi i pomógł mu wysiąść. Chłopiec stanął na peronie, po czym rozejrzał się niepewnie.

– Nie wiedziałem, że pociąg staje na takiej stacji.

– Czasami – odpowiedział konduktor.

– Nie powinienem opuszczać pociągu. Mama… – zaczął Pawełek, ale konduktor mu przerwał.

– Twoja mama śpi, a pociąg na pewno nie odjedzie bez ciebie – zapewnił z powagą. Rzadko tu się zatrzymuje. Jeżeli udało ci się dotrzeć do Titót, warto zwiedzić to miejsce.

Chłopiec mimowolnie skinął głową. Nie czuł się zaniepokojony. Sytuacja nie była straszna, tylko… dziwaczna. Pawełek mrużył oczy w jasnym świetle. Naraz ze zdziwieniem uświadomił sobie, że nie są sami, jak mu się na początku wydawało. Wokół budynku dworca tłoczyło się mnóstwo ludzi. Stali w długich, wijących się kolejkach, które zdawały się nie mieć początków i końców. Nikt jednak nie był zdenerwowany ani znudzony. Kobiety, mężczyźni i dzieci rozmawiali ze sobą i śmiali się. Nie mieli walizek ani toreb podróżnych. Chłopiec przyglądał się im ze zdumieniem. Wśród tłumu dostrzegł drugiego konduktora. Był wysoki i chudy. Zamiast czapki miał na głowie turban ze znaczkiem kolei w miejscu gdzie, zdaniem chłopca, powinien znaleźć się szmaragd lub inny klejnot. Mężczyzna chodził między ludźmi i gestykulował. Na drugim peronie, który z jakiegoś powodu był oznaczony numerem 6, znajdowało się podwyższenie, nieco przypominające scenę. Stał na nim kolejny konduktor i, ku zdumieniu Pawełka, śpiewał. Chłopiec popatrzył pytająco na swojego przewodnika.

– Co tu się dzieje? – zapytał.

– Zwykły dzień na dworcu kolejkowym w Titót.

– Kolejkowym?

– Tak. W Titót nie ma dworca kolejowego. Jeżeli w ogóle dojeżdża tu jakiś pociąg zatrzymuje się na dworcu kolejkowym. Mieszkańcy stoją tu w kolejkach.

– Po co? – zdumiał się chłopiec.

– Żeby się spotkać, porozmawiać ze sobą. Dworzec w Titót służy głównie do tego, by ludzie mogli stać w kolejkach. Czasem tylko zatrzymuje się tam pociąg, z tymi którzy pragnęli dojechać do Titót.

– Nikt nie kupuje biletów?

– Nie. Mieszkańcy miasteczka rzadko wyjeżdżają. Nie ma bowiem piękniejszego miejsca od Titót! – oznajmił entuzjastycznie mężczyzna. – Jedynie czasem wybierają się do Pangar – dodał z lekceważeniem.

– Pangar?

– To sąsiednie miasteczko, do którego można dojechać jedynie z Titót.

– Nigdy o nim nie słyszałem.

– To ciekawe miejsce. Można tam potańczyć i zjeść coś egzotycznego. Na przykład stek z bagiennego krokodyla w błękitnych pomarańczach. Może kiedyś się tam wybierzesz? – Pawełek popatrzył na swojego przewodnika, zastanawiając się, czy ten żartuje.

– Pociągiem?

– Niekoniecznie. Mieszkańcy Titót dojeżdżają do Pangar na rowerach. Nasz burmistrz uwielbia ścieżki rowerowe i dzięki niemu w Titót nie ma samochodów.

– Skoro pociągi tak rzadko tu stają, co w takim razie robią konduktorzy? – spytał Pawełek. Mężczyzna uśmiechnął się.

– Konduktor z peronu drugiego opowiada bajki, a ten na peronie szóstym śpiewa piosenki.

– Przecież tu są tylko dwa perony – burknął chłopiec.

– To nie ma znaczenia – odpowiedział mężczyzna. Pawełek pokręcił z niedowierzaniem głową.

– Chcesz zobaczyć resztę miasta? – spytał.

– Tak – odpowiedział chłopiec, spoglądając niepewnie w kierunku okna uśpionego przedziału.

– Na pewno wrócimy na czas!

Chłopiec schwycił wyciągniętą dłoń konduktora. Ruszyli szeroką aleją prowadzącą od dworca. Po obu stronach rosły wysokie drzewa. Ich korony rzucały ażurowy cień na drogę. Pawełek spojrzał w górę i zauważył, że liście drzew są wyjątkowo duże. Mijali uśmiechniętych ludzi. Niektórzy z nich jechali na rowerach lub hulajnogach. W pewnym momencie Pawełek dostrzegł rozwidlenie drogi. Konduktor stanął. Chłopiec zatrzymał się przy nim, niepewny tego, co ma za chwilę nastąpić. Naraz zobaczył korowód ludzi maszerujących z prawej strony. Z naprzeciwka nadchodził drugi korowód. Wszyscy maszerujący krzyczeli, śpiewali i wymachiwali kolorowymi transparentami. Wielu z nich trzymało barwne balony. Kiedy marsze zrównały się, ludzie zaczęli się pozdrawiać, ściskać i wymieniać balonami. Wkrótce złączyli się w jeden szereg ludzi i wśród śmiechów ruszyli naprzód.

Konduktor pociągnął Pawełka za rękę. Wkrótce wyszli na rozległy plac. Pośrodku stał strzelisty budynek, opleciony niezliczonymi schodami, krzyżującymi się w powietrzu. W centralnym miejscu wieży znajdował się nieregularny zegar, który wyglądał jakby zwiądł. Pod nim umieszczono dość szerokie drzwi, wychodzące wprost na schody. Na placu wokół budynku stało mnóstwo ludzi. Każdy z nich trzymał w ręku balon. Chłopcu wydawało się, że rozpoznaje niektórych z uczestników korowodów. Nieoczekiwanie konduktor wciągnął Pawełka w sam środek tłumu. Ze zniecierpliwieniem popatrzył na zegarek, który nosił na przegubie. Porównał godzinę z zegarem z ratusza.

– Musimy chwilę poczekać – powiedział.

– Na co? – zapytał Pawełek.

– Zobaczysz – uśmiechnął się mężczyzna.

Nagle na placu zrobiło się cicho. Wszyscy wpatrywali się w tarczę zegara. Pawełek zauważył, że do pełnej godziny zostało jeszcze sporo czasu. Naraz dało się słyszeć stuki i skrzypienie desek. Drzwiczki pod dziwacznym, powykrzywianym zegarem otworzyły się z hukiem i stanęła w nich owca. Zwierzę powolutku schodziło po schodach, a ludzie wiwatowali i wypuszczali balony w powietrze. Wkrótce niebo zaroiło się od balonów, które w pewnym momencie pękały niczym bańki mydlane, pozostawiając na niebie barwne rozpryski. Pawełek patrzył na to z otwartą buzią.

– Czy to jakieś święto? – zapytał w końcu.

– Nie – odpowiedział konduktor. – Ludzie codziennie gromadzą się na rynku, by oglądać owcę wychodzącą z ratusza dokładnie o 13:34.

– Dlaczego?

– Właściwie to nikt nie wie, dlaczego owca wychodzi z ratusza o tej konkretnej godzinie. Podobno dzieje się tak na pamiątkę pewnego wydarzenia, które przetrwało w starej legendzie.

– O czym opowiada ta legenda? – zaciekawił się chłopiec.

– Nie wiadomo. Nikt już nie pamięta tej historii – konduktor rozłożył ręce.

– Więc po co…

– Ludzie gromadzą się na rynku i wiwatują, bo cieszą się, że mieszkają w Titót. Za każdym razem, kiedy owca wychodzi wypuszczają w niebo kolorowe balony.

– To głupie – prychnął Pawełek.

– Myślę, że nie bardziej niż inne rzeczy, które czasem robią ludzie – odpowiedział z powagą mężczyzna. Chłopiec wzruszył ramionami.

Ludzie zaczęli się rozchodzić. Pawełek zauważył, że nigdzie się nie spieszą. Niektórzy nadal kręcili się wokół ratusza. Inni spacerowali razem z idącą wolnym krokiem owcą. Zwierzę szło niespiesznie w kierunku dziwnej konstrukcji, znajdującej się obok ratusza. Ku swemu zdumieniu, Pawełek rozpoznał w niej karuzelę. Jeszcze bardziej zdziwił się, gdy zobaczył owcę wchodzącą na platformę. Zwierzę ze spokojem usadowiło się w wozie strażackim. Wraz z nią na kolorowych koniach i słoniach zasiedli ludzie. Chłopiec zauważył, że było wśród nich wielu dorosłych. Karuzela ruszyła.

– Czy tutaj dorośli nie pracują? – zapytał poważnie Pawełek.

– Oczywiście, że pracują – zaśmiał się konduktor. Chłopiec zamyślił się.

– Wygląda jakby wszyscy w Titót robili co im się podoba.

– Bo tak jest – przytaknął konduktor. – Jednak to nie przeszkadza im przecież pracować.

– Jak to?

– Mieszkańcy Titót chodzą do pracy, kiedy mają na to ochotę. Wówczas pracują tak długo, aż im się znudzi.

– Przecież – zająknął się chłopiec. – Przecież to nie ma sensu.

– Wręcz przeciwnie. Praca wówczas jest wykonywana znacznie szybciej! – odpowiedział pewnym głosem konduktor.

– To niemożliwe – pokręcił głową Pawełek.

– Ależ tak! Nie zdarzyło ci się nigdy siedzieć niesłychanie długo nad zadaniem domowym, którego zrobienie wymagało kilku minut?

Chłopiec zastanowił się. Przypomniał sobie ćwiczenie, którego nie chciał zrobić. Była piękna pogoda i marzył, by pobawić się z psem. Jednak tato powiedział, że może wyjść dopiero wtedy, gdy odrobi zadanie domowe. Słońce świeciło w okno i wszystko rozpraszało znudzonego Pawełka. Stracił bardzo dużo czasu zanim w końcu udało mu się odrobić lekcje. Jak się później okazało zrobił w zadaniu sporo błędów. Innym razem bardzo szybko uzupełnił zeszyt, chociaż zadanie wydawało się trudne.

– Chyba rozumiem – powiedział z namysłem Pawełek. – Ale… – zawahał się. – Czy wtedy wszystko, co ma się zrobić, będzie zrobione w porę?

– Myślę, że tak, skoro zajmuje to mniej czasu – oznajmił beztrosko konduktor. Chłopiec nie wydawał się przekonany.

 – W takim razie dlaczego dorośli zawsze się spieszą?

– Może lubią? – stwierdził spokojnie mężczyzna. Pawełek popatrzył na niego zaskoczony.

– Może lepiej się czują, gdy myślą, że świat się zawali, jeżeli nie dadzą rady czegoś zrobić na czas? – Chłopiec machinalnie kiwną głową. Wyjaśnienie wydawało się logiczne. Popatrzył na wolno obracającą się karuzelę.

– Chciałbyś wsiąść, zanim wrócisz do pociągu?

– Tak – Pawełek skinął głową.

Podszedł do karuzeli, która w tym momencie zatrzymała się, jak na życzenie. Konduktor pomógł usiąść chłopcu na białym koniu z błękitnym kwiatem wymalowanym na zadzie. Karuzela ruszyła. Samochody i zwierzęta obracały się z wolna. Muzyka cicho grała, a koniki wędrowały w górę i w dół. Pawełek obracał się powoli, obserwując otoczenie. Naraz poczuł ogromne zmęczenie. Na chwilę zamknął oczy. Zdawało mu się, że wśród dźwięków muzyki rozróżnia znajome ti ti tut, ti ti tut, ti ti tut… Wszystko wokół rozmyło się.

Naraz Pawełek poczuł delikatne szarpnięcie. Otoczenie wyostrzyło się i chłopiec zobaczył twarz mamy. Przetarł ze zdumieniem oczy. Kolorowe obrazy zaczęły rozpadać się w jego pamięci. Pawełek zrozumiał, że śnił. Z żalem pomyślał, że Titót nie jest prawdziwe. Jednak to, że coś nie jest prawdziwe nie oznacza jeszcze, że nie istnieje. Titót nie znajduje się w regularnym rozkładzie jazdy. Kiedy w drodze z Poznania do Mosiny pod powieki wkradnie się sen można mieć nadzieję, że dojedzie się do dworca kolejkowego, by zakrzyknąć „Nareszcie w Titót”!

No Comments

Post A Comment