Baśnie wRóże | Migotliwa gwiazdka
Baśnie wRóże. Prowadzę warsztaty bibio- i bajko- terapeutyczne, w których chcę pobudzać do twórczego myślenia oraz rozwijać umiejętności fantazjowania. Fantazjowanie pozwala nam bowiem dostrzegać pozytywne strony życia, cieszyć się małymi rzeczami i dostrzegać piękno tam, gdzie inni go nie widzą.
storytelling, bajki, baśnie, Poznań, Wielkopolska, opowiadanie, dziecięce fantazje
1832
post-template-default,single,single-post,postid-1832,single-format-standard,ajax_fade,page_not_loaded,,qode_grid_1300,qode-content-sidebar-responsive,qode-theme-ver-10.0,wpb-js-composer js-comp-ver-4.12,vc_responsive

Migotliwa gwiazdka

Migotliwa gwiazdka

Kolejne opowiadanie z udziałem bohaterów Migotliwych bajek. Tym razem elfy snują opowieści bożonarodzeniowe 🙂

MIGOTLIWA GWIAZDKA

Pociąg przetoczył się w mroku z łoskotem. Gdyby jego pasażerowie nie byli zbyt zamyśleni, zauważyliby że dom na wzniesieniu za miastem wygląda inaczej niż zwykle. Był jakby bardziej uroczysty. Może dzięki wielkim papierowym gwiazdom, które wisiały w oknach. Zrobiła je Marie, synowa pana Alberta.

Od czasu wyprowadzki syna, Pan Albert nie przywiązywał uwagi do świątecznych przygotowań. Ostatnią Wigilię spędził u swojego przyjaciela, pana Mariana. Kiedy dowiedział się, że Piotr otrzymał dłuższy urlop i cała rodzina przyjeżdża do niego na kilka dni, wpadł w panikę. Na szczęście przyjaciel zaoferował mu pomoc. Obaj panowie wspólnie uporządkowali zaniedbany dom. Żona pana Mariana, Aniela upiekła ciasta. Ku zadowoleniu i lekkiemu zawstydzeniu gospodarza dostarczyła również makaronowe i słomkowe ozdoby. Wkrótce zawisły one na gałązkach choinki, ustawionej w kącie dużego pokoju. Pan Albert odszukał na strychu karton ze starymi ozdobami. Udało się podłączyć staroświeckie lampki w kształcie świeczek. Staruszek znalazł też kilka ocalałych, ręcznie malowanych bombek. Pani Anieli najbardziej podobała się duża, błękitna z motywem skrzydlatych istotek.

W domu na zboczu zapanował nietypowy rwetes. Przyjaciele wciąż coś przestawiali, usuwając niepotrzebne graty. Pani Aniela robiła sałatkę i gotowała wigilijną kapustę. Staruszek osobiście zarabiał ciasto na pierniki. Nawet kundel Łatek był poddenerwowany. Biegał po całym domu, poszczekując niespokojnie. Najczęściej kręcił się w ganku, przy skrzynkach z cebulami. Gdy ktoś poza Panem Albertem był w domu, nie odstępował ich na krok. Stał się jeszcze bardziej czujny, kiedy przyjechali Piotr, Marie i mały Nico.

Do stołu wigilijnego zasiedli we czwórkę. Niczego na nim nie zabrakło. Piotr był pod wrażeniem i współczuł tacie przygotowań. Jednak pan Marian zbywał wszystko śmiechem. Nawet Marie, która mało mówiła po polsku była wyjątkowo ożywiona. Łatek kręcił się pod nogami i żebrał o smakowite kąski ze stołu. Od czasu do czasu jasnowłosy chłopiec pochylał, myśląc że nikt go nie widzi. W pewnym momencie napotkał wzrok dziadka. Już chciał coś powiedzieć, kiedy ten do niego mrugnął. Piotr spojrzał wówczas na syna i wyjaśnił, że Łatek je wyłącznie resztki ze stołu. Nie dostaje suchej karmy, która według reklam, weterynarzy i znawców psów jest dla nich najzdrowsza. Kundelek Pana Alberta o tym nie wie dlatego żyje już bardzo długo. Podejrzanie długo. Syn Pana Alberta pamiętał, że Łatek miał już siwy pyszczek kiedy on sam chodził do szkoły podstawowej.

Po kolacji podekscytowany i uszczęśliwiony Nico rozpakował prezenty. Znalazła się wśród nich kolejka elektryczna, smartfon i wiele innych rzeczy. Większość z nich według pana Alberta nie była potrzebna sześciolatkowi. Jednak nie powiedział tego głośno. Sam podarował chłopcu książkę z bajkami. Malec oglądał ciekawie gruby tom. Na niebieskiej okładce widniał skrzydlaty kształt, który coś mu przypominał. Piotr pomógł synkowi odczytać tytuł – Migotliwe bajki. Chłopiec podziękował dziadkowi. Nie wierzył już w Mikołaja. Wiedział, że gwiazdkowe prezenty są od rodziców i krewnych. Pan Albert otrzymał tablet i czytnik e-booków. Syn wyjaśnił mu działanie urządzeń. Zaciekawienie starszego pana obudził Kindle. Czytał o czymś takim w Powrocie z Gwiazd Stanisława Lema. W bazie e-booków odnalazł baśnie Andersena i Władcę Pierścienia. Podziękował wylewnie. Piotr dostał od ojca porcelanowy zegar kominkowy, a jego żona rozpakowała błękitną bombkę, podobną do tej, która wisiała na choince. Kiedy już wszyscy nacieszyli się podarunkami Pan Albert przyniósł pierniki, sernik i makowiec. Wszystkim smakowały pierniki upieczone przez staruszka. Gospodarz był bardzo szczęśliwy. Twierdził, że to miód z jego ula nadaje im właściwy smak. Najbardziej zachwycała się nimi żona Piotra. Nie mogła odgadnąć co jej przypomina zapach ciastek. Po 22:00 Marie poszła położyć rozbawionego Nico do łóżka. Rozczarowany chłopiec smętnie poczłapał razem z mamą na górę. Pół godziny później Marie zeszła. Wówczas pan Albert rozlał do kieliszków z grubego szkła nalewkę pigwową. Pomimo bariery językowej, Marie mówiła dużo. Piotr starał się tłumaczyć. Dopiero po północy goście pana Alberta zaczęli ziewać i w doskonałych nastrojach udali się do łóżek. Gospodarz sprawdził czy zamknął frontowe drzwi. Wszedł także do ganku niosąc spodek z miodem i pokruszony piernik na talerzu. Potem poszedł spać.

Wkrótce dom stał się ciemny i cichy. Tylko ogród wokół niego lekko jaśniał. Cienka warstwa śniegu, pokrywająca ziemię skrzyła się w blasku księżyca. W ciemności zaznaczały się kontury szopy i ula. Naraz dwie iskierki zalśniły w oknie ganku. W skrzynkach coś poruszało się nieznacznie. Małe migotliwe istotki budziły się po kolei. Wkrótce całe pomieszczenie zatonęło w ciepłym, różnokolorowym świetle. Elfy częstowały się miodem, okruchami piernika, siadały na krawędziach skrzynek i szczebiotały. Po chwili do ich uszu dobiegło skrzypnięcie. Ktoś schodził po schodach. Istotki czym prędzej zanurkowały w słomie. Drzwi uchyliły się. Do ganku wszedł chłopiec.

– To ja – szepnął Nico. – Przyniosłem Wam więcej pierników. Na wypadek, gdyby dziadek za mało uszykował.

Chłopiec rozkruszył ciastka na talerz. Efy zaczęły wychylać kudłate główki ze skrzynek. Wkrótce znów fruwały po ganku, przekrzykując się radośnie. Nico obserwował ich podniebny taniec. Usiadł przy skrzyneczce, w której rezydowali: Mi, Got, Li i Wi. Lubił ich historie chociaż nie do końca je rozumiał. Nie chodziło o język. Ku swemu zdumieniu rozumiał każde słowo, chociaż elfy zapewne nie mówiły po niemiecku. Po prostu czasem ich opowieści nie miały sensu. Odkrył obecność niezwykłych lokatorów poprzedniej nocy.

֍֍֍

Przyjechali do dziadka wieczorem. Zmęczeni drogą rodzice szybko poszli spać. On jednak nie mógł zasnąć. Wcale nie chciał przyjeżdżać do samotnego domu na Boże Narodzenie. Lubił dziadka i nie miał nic przeciw odwiedzinom latem. Jednak w Polsce, a już na pewno w Polsce na wsi Gwiazdka była smutna. Nie było kolorowych jarmarków i wszystko wyglądało jak pogrążone we śnie. Myślał z niechęcią o Wigilii. Nie martwił się o Mikołaja. Wiedział, że on nie istnieje, a prezenty kupują rodzice. Myślał o niedobrym jedzeniu, którego będzie musiał próbować, bo to przecież grzeczne. Myślał o nudzie przy stole i o tym, że nie będzie mógł pochwalić się prezentami swojemu sąsiadowi Klausowi. Przewracał się z boku na bok, a sen nie nadchodził. W końcu wstał i postanowił zejść na dół. Pomyślał, że sprawdzi co u Łatka. Nawoływał go szeptem, ale psa nigdzie nie było. Stał na korytarzu i zastanawiał się czy obudzić dziadka i powiedzieć mu, że jego kundelek zaginął. Wówczas zauważył światło sączące się spod drzwi ganku. Podszedł do nich. Naraz usłyszał szmery i szelesty. Pomyślał, że Łatek buszuje w cebulkach tulipanów. Nacisnął klamkę i otworzył gwałtownie drzwi. Głosy ucichły w jednej chwili, a chłopiec zdołał zauważyć zastygłe w powietrzu migotliwe istotki. Trwało to sekundę bowiem skrzydlate ludziki natychmiast pierzchły do skrzynek. Osłupiały chłopiec powiedział wówczas jedyną rzecz, która przyszła mu do głowy:

– Przepraszam, Nie mogę zasnąć.

Ze skrzynki położonej najbliżej drzwi dochodziły odgłosy gorączkowej narady. Wreszcie mała główka wychyliła się ze słomy. Wkrótce na brzeg skrzynki wskoczył elf o skrzydełkach rozsiewających zielonkawy blask. Przekrzywił głowę, uważnie przyglądając się chłopcu.

– Opowiedzieć Ci bajkę? – zapytał.

– Eee… Tak proszę… – wybąkał chłopiec.

– Przed snem dzieciom opowiada się bajki, prawda? Więc to chyba powinno pomagać na zasypianie?

– Hmm… chyba tak.

– Siadaj więc – elf wskazał rączką podłogę. Chłopiec przykucnął posłusznie – Jestem Mi, a Ty?

– Mam na imię Nico – odpowiedział chłopiec.

Tymczasem ze skrzynek wyglądało coraz więcej maleńkich główek. Po chwili elfy znów latały po całym ganku, przekrzykując się radośnie. W kącie Nico zauważył Łatka. Leżał na derce i patrzył na niego z uwagą. Obok stała miska wypełniona wodą. Pies najwyraźniej pilnował. W końcu westchnął i położył pysk na łapach. Na stołeczku obok stanowiska Łatka stał spodek wypełniony po brzegi miodem i talerz z pokruszonymi piernikami. Co jakiś czas któryś z elfów podfruwał do talerza i zabierał kawałek piernika. Tej nocy elfy ze skrzynki, w której mieszkał odważny Mi opowiedziały chłopcu cztery bajki. Bajkę o chorym koniu i złotym sadzie, bajkę o innym koniu i staruszce, o kocie, który latał balonem i o tajemniczym mieście – Titut. Opowieści elfów były trochę dziwaczne, ale spodobały się Nico. Cieszyło go towarzystwo zadziornych stworzonek.

Rano opowiedział mamie o Mi, Got, Li i Wi, ale ta tylko roześmiała się i powiedziała, że wszystko mu się przyśniło. Sam tak pomyślał przy śniadaniu. Zajrzał nawet na ganek. Skrzynki wyglądały zwyczajne. Chciał już rozgrzebać słomę w jednej z nich kiedy Łatek, który wślizgnął się za nim, warknął ostrzegawczo. Chłopiec cofnął rękę i wyszedł. Piesek pobiegł od razu do dziadka. Ten potem przyglądał mu się podejrzliwie. Wbrew rozsądkowi Nico pomyślał, że Łatek wszystko wyszczekał. Naburmuszył się trochę na wszelki wypadek. Pomyślał jednak, że musi poczekać do nocy, by sprawdzić czy rzeczywiście śnił. Niestety rodzice i dziadek w noc wigilijną bardzo długo rozmawiali. Zdążył zasnąć. Znacznie po północy obudziło go szczeknięcie Łatka tuż przy uchu. Wstał, włożył kapcie i zszedł na dół, biorąc po drodze kilka pierników z miski w korytarzu.

֍֍֍

Siedział po turecku naprzeciw skrzynki, patrząc jak jej mieszkańcy sadowią się na brzegu i machają drobnymi nóżkami.

– Znowu nie mogłeś zasnąć? – Spytał Mi

– Eee… tak – odpowiedział chłopiec, przemilczając kwestię Łatka, który go obudził.

– W takim razie możemy Ci coś opowiedzieć. Może Ty, Li zaczniesz? – zwrócił się do pulchnego, rozsiewającego żółty blask elfa. Ten zakłopotał się wyraźnie.

– Dobrze – odpowiedział niepewnie.

– Tylko to musi być opowieść wigilijna! W końcu mamy Wigilię! – oświadczył wojowniczo, najbardziej zadziorny elf o czerwonych skrzydełkach. Z tego co pamiętał Nico, miał na imię Wi. Li spuścił główkę i wymruczał coś pod nosem. Wi chciał jeszcze coś powiedzieć, ale Mi szturchnął go łokciem bok.

– Tuż przed świętami jedna pani wybrała się do sklepu. Chciała kupić składniki potrzebne do upieczenia pierników – zaczął Li. Elfy zamruczały z aprobatą. – Był to mały osiedlowy sklep spożywczy. Nie duży market. Tam zawsze jest zamieszanie przed świętami! – Elfy znów zamruczały zgodnie. Pani poszła więc do małego sklepiku niedaleko swojego mieszkania. Miała nadzieję, że kupi w nim wszystko czego potrzebuje. Jednak ekspedient nie chciał sprzedać jej miodu. Oferował w zamian ogórki.

– Ogórki? – zdziwił się Nico.

– Tak – odpowiedział Li.

– Przecież ogórki nie pasują do pierników! – krzyknął chłopiec.

– Dlaczego? -o zaperzył się Wi? Piekłeś kiedyś pierniki?

– Nie – wymamrotał Nico.

– No właśnie! – prychnął Wi i założył rączki na piersi.

– Kiszone rzeczywiście nie pasują, ale świeże to co innego – stwierdził autorytatywnie Mi. Czy to były świeże ogórki Li?

– Tak – odpowiedział z przekonaniem żółtoskrzydły elf.

– Doskonale – zaakceptował Mi – opowiadaj dalej.

– Pani nie chciała ogórków. Podobnie jak Nico uważała, że nie pasują do pierników. Kupiła miód i inne składniki. Kiedy jednak upiekła ciastka poczuła charakterystyczny, świeży zapach ogórków. Miód, który kupiła był ogórkowy.

– Jak to? – zdziwił się Nico, który już zapomniał, że został zbesztany.

– To proste – tłumaczył cierpliwie Li – pszczoły, które zrobiły ten miód zbierały pyłek wyłącznie z kwiatów ogórka.

– No i wszystko się wyjaśniło – stwierdził z zadowoleniem Mi. Elfy zaklaskały zgodnie. – Teraz ja opowiadam oświadczył. Got, Li i Wi zamilkli w oczekiwaniu.

– Był sobie raz chłopiec – odezwał się dźwięcznym głosem – Mieszkał z mamą i tatą. Od pierwszego dnia Adwentu przygotowywał się do Bożego Narodzenia. Nie miał jednak kalendarza adwentowego. Nie był mu potrzebny. Każdego ranka odwiedzały go bowiem adwentowe aniołki. Zostawiały na stole w kuchni listy. W każdym liście aniołki proponowały chłopcu zrobienie czegoś co sprawia mu przyjemność. Zostawiały mu też po dwa puzzle. Każdego dnia mógł składać część gwiazdkowej układanki. Musiał jednak wcześniej znaleźć jej fragmenty, które aniołki sprytnie ukrywały. Co rano bawił się z mamą w „ciepło, zimno”. Ona wstawała wcześniej i widziała gdzie aniołki zostawiają fragmenty układanki.

– To niemożliwe! To musiała być mama, przecież aniołki nie… – zaczął Nico i zamilkł. Elfy spojrzały na niego ze zdumieniem – No, to tak jak z Mikołajem. On też nie istnieje. Prezenty tak naprawdę są od rodziców! – zakończył chłopiec buńczucznie.

– To, że Mikołaj nie daje prezentów nie jest przecież dowodem na to, że nie istnieje. Prawda? – spytał Mi.

– Chyba nie – przyznał w końcu Nico.

– No właśnie. Pozwolisz, że dokończę? – malec pokiwał głową. – Szóstego grudnia chłopiec nie dostał prezentu od Mikołaja. Bynajmniej nie dlatego, że on nie istnieje. Po prostu był zajęty dlatego prezent z okazji jego imienin przyniosły aniołki. Jednak zbyt dobrze go ukryły i chłopiec go nie znalazł.

– Ojej – westchnęły elfy i natychmiast zaczęły się wzajemnie uciszać zgromione wzrokiem Mi.

– Może chłopiec nie znalazł prezentu, bo był zbyt zajęty. Z okazji imienin Mikołaja piekł z mamą pierwszą partię pierników. Kiedy pierniczki były już upieczone mama, chłopiec razem z mamą i tatą wspólnie świętowali imieniny Mikołaja. Dlatego nikt nie przypomniał sobie o prezencie. Na drugi dzień mama jeszcze raz odczytała wskazówki z listu i chłopiec w szufladzie z owocami odnalazł grę. Bardzo się z niej ucieszył i grał w nią z mamą, tatą i opiekunką aż do Gwiazdki – zakończył Mi.

– A jaki obrazek był na układance, Mi? – zapytał Li.

– Żłóbek z maleńkim panem Jezusem, Marią, Józefem i zwierzętami.

– To piękny! – westchnęły zgodnie elfy.

Nico nic nie mówił. Oparł brodę na piąstkach i parzył na świetliste istotki. Czekał. Wkrótce najdrobniejszy z elfów, otoczony fioletową poświatą zaczął przechadzać się po krawędzi skrzynki.

– Pewna dziewczynka, jak wiele innych dzieci, nie mogła doczekać się Wigilii. Miała jednak zmartwienie. Nie wiedziała kto przyniesie jej prezent – zaczął Got.

– Jak to? – zdziwił się chłopiec – Mikołaj!

– Czyli jednak wierzysz w Mikołaja! – sarknął Wi.

– Nie… – bąknął Nico – Wiadomo, że małe dzieci wierzą w Mikołaja!

– Nie wszystkie – stwierdził spokojnie Got. – Mama tej dziewczynki urodziła się na Górnym Śląsku i prezenty przynosiło jej Dzieciątko. Tato pochodził z Małopolski i do niego przychodził Aniołek. Kiedy byli już małżeństwem zamieszkali w Poznaniu, w którym Gwiazdor przynosi dzieciom prezenty. Dlatego dziewczynka bardzo martwiła się, kto przyniesie jej prezent i czy jej nie pominie. Może Dzieciątko i Aniołek uznają, że to za daleko, a Gwiazdor przeoczy nowe nazwisko na liście?

– I jak to się skończyło? – spytał niecierpliwie Nico, który wpatrywał się w Gota z szeroko otwartymi oczami.

– Dobrze – odparł Got. – Przyszli wszyscy i dziewczynka dostała trzy prezenty! – zakończył i ukłonił się. Pozostałe elfy zaczęły klaskać. Got usiadł na krawędzi skrzynki i uśmiechnął się szeroko. Zdezorientowany Nico postanowił o nic nie pytać. Przyszła kolej na Wi. Elf milczał przez chwilę. Gdy już dostatecznie skupił na sobie uwagę zaczął:

– To działo się tuż przed Bożym Narodzeniem w Afryce. Kilka słoni postanowiło wybrać się na święta do swojej rodziny w Polsce.

– W Polsce przecież nie ma słoni… – zaprotestował Nico.

– Rodzina słoni mieszkała w ZOO, w słoniarni! – zgromił go Wi. – Słonie z Afryki dużo słyszały o Gwiazdce, choince, piernikach i postanowiły odwiedzić krewnych w okresie Bożego Narodzenia. Dlatego spakowały się i ruszyły do Polski. Na miejscu zostały serdecznie przywitane. W słoniarni stała już choinka przybrana przysmakami dla słoni…

– To niemożliwe! Afryka jest daleko! – oburzył się Nico – Jak słonie dostały się do Polski?

– Balonem!

– Przecież są za ciężkie!

– Te były wyjątkowo drobne! – odrzekł twardo Wi.

– Poza tym – dodał Mi – to tylko bajka, a w bajkach wszystko może się zdarzyć. – Chłopiec uspokoił się. Popatrzył na migotliwe istotki, zerkające na niego filuternie.

– Przepraszam – rzekł po chwili – Opowiadaj dalej proszę. – Wi był najwyraźniej obrażony, ale złagodniał widząc skruszoną minę Nico.

– Słonie miały tego roku wyjątkową Gwiazdkę. Po raz pierwszy w życiu widziały śnieg i choinkę. Opowiedziały swoim krewnym co słychać w kraju ich urodzenia i chętnie wysłuchały wszystkich miejscowych plotek. Zjadły przysmaki zawieszone na choince przez pracowników ZOO, wymieniły się podarkami, a potem śpiewały kolędy. Najczęściej Bijcie w kotły w trąby grajcie.

Nico zachichotał. Elfy mu zawtórowały. Wi zmarszczył czoło i już chciał krzyknąć, ale zamiast tego zaśmiał się również i usiadł obok swoich braci.

– Pora spać Nico – stwierdził Mi, a pozostałe elfy pokiwały główkami.

Chłopiec chciał zaprotestować, ale zamiast tego ziewnął rozdzierająco. Wstał niechętnie. Pożegnał się ze swoimi małymi przyjaciółmi i rozejrzał wokół. Pozostałe elfy nadal opowiadały sobie nawzajem w skrzynkach lub przekomarzały się w powietrzu. Jeden fruwał obok Łatka i szeptał zapamiętale do jego ucha. Piesek znosił to cierpliwie. Chłopiec zauważył, że nie okazywał znudzenia.

Nico spał jak kamień i nie mógł się dobudzić. Marie była tym bardzo zdziwiona, bo wszyscy przecież spali do 10:00. Tylko pan Albert wstał wcześniej i przygotował śniadanie. Po posiłku cała rodzina wybrała się na mszę. Chłopiec ziewał przez całe nabożeństwo. Po powrocie większość czasu siedział razem z Łatkiem na ganku i układał na podłodze puzzle znalezione na półce. Piotr i Marie niepokoili się. Jednak tato zapewnił ich, że w pomieszczeniu jest dostatecznie ciepło. Całą zimę dogrzewa je ze względu na cebule tulipanów. Gdy dostrzegł zaskoczone spojrzenie Marie, wyjaśnił że przechowuje tam rzadką odmianę tulipanów, jedną z nielicznych, której nie można wysadzać jesienią.

Na świąteczny obiad przyszedł Pan Marian z żoną. Pani Aniela przyniosła sałatkę i rybę według nowego przepisu. Na stole nakrytym białym obrusem ponownie stanęły półmiski z przysmakami. Piotr zawołał Nico i wszyscy zasiedli do stołu. Czas upływał w radosnej atmosferze. Nico pałaszował rybę, a obok jego nogi cierpliwie czekał Łatek.

– Łatek polubił twojego wnuka – roześmiał się Pan Marian.

– To prawda – odpowiedział Pan Albert. – Nie tylko ze względu na jedzenie.

Wszyscy roześmiali się. Piotr przetłumaczył żonie o co chodziło. Ta również parsknęła śmiechem i potargała syna po jasnej czuprynie. Nico zmarszczył nos.

– Nie gniewaj się – zwrócił się do niego dziadek. – Łatek nie każdego obdarza sympatią – Staruszek uśmiechnął się do wnuka.

Po obiedzie pan Albert z pomocą Marie sprzątnął zastawę. W kuchni zrobił kawę i przyniósł tacę z kieliszkami i nalewką. Marie nie do końca rozumiała sens kawy i ciasta stawianego zaraz po dużym posiłku, ale nic nie mówiła. Pokroiła sernik oraz makowiec i wyniosła do pokoju gościnnego misę z piernikami. Pomyślała, że z chęcią wypije kieliszek nalewki. Wszyscy byli w doskonałych nastrojach. Nico odszedł od stołu i bawił się z Łatkiem przy choince. Pan Albert pokazał przyjaciołom czytnik audiobooków, a Marie wyciągnęła bombkę.

– Taka sama jak u pana na choince – zauważyła pani Aniela.

– Podobna – przyznał gospodarz – Ten sam producent. Marie wyrzuciła z siebie kilka słów, których ani pan Albert, ani jego goście nie zrozumieli.

– Żona mówi, że jest przepiękna i naprawdę niezwykła – powiedział Piotr.

Marie, która zazwyczaj czuła się nieswojo podczas wizyt u rodziny męża, tym razem była zupełnie swobodna. Lubiła swojego teścia i nigdy nie czuła się przy nim skrępowana. Chociaż była syta, chrupała pierniki i przyglądała się bombce. Naraz wykrzyknęła:

– Już wiem czym pachną te ciastka! Ten zapach przypomina nieco świeży ogórek! – Piotr przetłumaczył żonę. Pan Marian i pani Aniela popatrzyli na nią ze zdziwieniem. Kobieta powąchała z powątpiewaniem zawartość półmiska.

– To pewnie przez miód ogórkowy – stwierdził Nico.

– Miód ogórkowy? – zdziwiła się jego mama.

– No, taki który pszczoły robią z pyłku zbieranego na kwiatach ogórka – wyjaśnił chłopiec. Jego tata tymczasem przetłumaczył reszcie zebranych tę wymianę zdań.

– Miód ogórkowy? – Zdziwił się pan Marian – Nie wydaje mi się, żeby pszczoły…

– Kto wie? Przerwał mu pan Albert. Bywają wyspecjalizowane roje – Uśmiechnął się pogodnie.

– Taki jak Twój tato! – roześmiał się Piotr.

– Taki jak mój – przyznał pan Albert – Skoro już o tym mowa, czas żebyście spróbowali mojej nalewki na miodzie. Domowej roboty!

Pan Albert rozlał bursztynowy płyn do kieliszków. Nico i Łatek wymknęli się do ganku. Chłopiec zamknął za sobą drzwi. Słyszał ożywiony gwar rozmów i śmiechy. Kończył układankę. Nie było na niej żłobka. Obrazek przedstawiał pole tulipanów, których pąki jarzyły się w mroku niczym lampiony. Nad nimi unosiły się iskierki. Przynajmniej na pierwszy rzut oka wyglądały jak iskierki.

 

Ilustracja: White Blanket, Rob Gonsalves, fragment

No Comments

Post A Comment