Baśnie wRóże | Król Krab
Baśnie wRóże. Prowadzę warsztaty bibio- i bajko- terapeutyczne, w których chcę pobudzać do twórczego myślenia oraz rozwijać umiejętności fantazjowania. Fantazjowanie pozwala nam bowiem dostrzegać pozytywne strony życia, cieszyć się małymi rzeczami i dostrzegać piękno tam, gdzie inni go nie widzą.
storytelling, bajki, baśnie, Poznań, Wielkopolska, opowiadanie, dziecięce fantazje
2032
post-template-default,single,single-post,postid-2032,single-format-standard,ajax_fade,page_not_loaded,,qode_grid_1300,qode-content-sidebar-responsive,qode-theme-ver-10.0,wpb-js-composer js-comp-ver-4.12,vc_responsive

Król Krab

Król Krab

Bajka, którą w tym roku wysłałam na konkurs Piórko 2019. Tekst powstał poprzez rozbudowanie baśni, umieszczonej już kiedyś na moim blogu. Po czasie stwierdziłam, że przekaz tekstu nie jest dostatecznie jasny i zrozumiały. Rozbudowałam opowieść ramową, tak że krótka bajka zwiększyła swoją objętość trzykrotnie. „Król Krab” stanowił dla mnie pretekst do  zastanowienia się nad kwestiami tolerancji i akceptacji. Chociaż nie został zauważony na forum ogólnym, uznałam, że ze względu na letnią scenerię idealnie nadaje się na wakacje, które oficjalnie rozpoczynają się w sobotę 22 czerwca 🙂

Magdalenka nie mogła doczekać się wakacji. Pierwszy raz, wraz z rodzicami miała lecieć do ciepłego kraju. Dotąd wakacje spędzała nad Bałtykiem, gdzie pogoda nawet latem bywała kapryśna. W poprzednim roku Magdalenka wcale się nie kąpała, a na dodatek złapała katar. Najbardziej niezadowolona była mama, gdyż nie mogła się opalić. Dlatego tegoroczne wakacje rodzice Magdalenki zaplanowali dużo wcześniej i wybrali miejsce, z jak twierdził tata, gwarantowaną pogodą.

Same przygotowania do podróży były bardzo ciekawe. Magdalenka odwiedziła z mamą zakład fotograficzny, by zrobić zdjęcie do dowodu, który muszą mieć dzieci wyjeżdżające za granicę. Dziewczynka czuła się ważna i dorosła. Wybrały się również na zakupy. Mama sprawiła sobie nowy kostium kąpielowy i koszyk plażowy. Kupiły też śmieszne, małe buteleczki na kosmetyki, gdyż w samolocie nie można przewozić dużych ilości płynów. Dziewczynkę bardzo to dziwiło. Nie sądziła, że dalekie podróże wymagają tyle zachodu.

Kiedy rodzice zajmowali się przygotowaniami do wyjazdu, Magdalenka pakowała swoją małą, różową walizkę i rozmyślała o tym, co może spotkać ją za granicą. Zastanawiała się, czy ich hotel będzie przypominał te widziane w filmach i czy jedzenie będzie jej smakować. Bujna wyobraźnia podsuwała dziewczynce najdziwniejsze obrazy. Była pewna, że wszystko będzie inne niż w domu i ekscytujące.

Już sama podróż samolotem stanowiła dla niej duże przeżycie. Przestrzeń lotniska, którą wciąż przemierzali niezliczeni ludzie z torbami i walizkami, jednocześnie fascynowała ją i przerażała. Czas oczekiwania na samolot znudził Magdalenkę, ale sam lot był bardzo przyjemny. Usiadła przy oknie i rozglądała się wokoło. Pozostali pasażerowie mieli tak obojętne i znużone miny, jakby latanie było czymś zupełnie zwyczajnym. Nie zwracali uwagi nawet na śliczne stewardessy, które zdaniem dziewczynki wyglądały jak księżniczki. Wprawdzie Magdalenkę trochę bolało ucho przy starcie, ale widok z okna samolotu tak ją zachwycił, że wkrótce przestała o tym myśleć.

***

Miejsce, do którego przyleciała z rodzicami bardzo ją zaskoczyło. Miała wrażenie, że wylądowali nie w innym kraju, ale nagle i nieoczekiwanie przenieśli się do zaczarowanej krainy, pełnej jaskrawych barw, nieznanych dźwięków i zapachów. Miejscowość, w której zamieszkali, przypominała ogromne wesołe miasteczko. Hotel znajdował się niedaleko morza. Ciepłe morze w niczym nie przypominało tego, które znała dziewczynka. Jej morze, jak je nazywała w myślach, zazwyczaj było szarozielone, chociaż przybierało różne barwy w zależności od pogody. Gdy świeciło słońce, naraz stawało się niebieskie, a gdy na niebie pojawiały się chmury, woda ciemniała. Ciepłe morze nie było takie zmienne. Było jaskrawoniebieskie i mocno kontrastowało z jasnym piaskiem. Wyglądało, jakby ktoś namalował je plakatówkami.

Sam hotel był ogromny. Magdalenka nie potrafiła policzyć jego pięter. Czuła się trochę onieśmielona, dlatego wciąż trzymała mamę za rękę. Pokój był inny, niż sobie wyobrażała, ale cieszyła się, że mieli własną łazienkę. Na pierwszych wakacjach, które zapamiętała, trzeba było korzystać z łazienki w korytarzu. Najbardziej podobał się jej balkon. Widać było z niego hotelowy basen – niebieski kwadrat otoczony kolorowymi leżakami. Jeszcze tego samego dnia Magdalenka z rodzicami wybrała się na plażę. Dziewczynkę zachwycił ognisty zachód słońca nad ciepłym morzem. Było jak w bajce.

Na początku Magdalenkę wszystko ciekawiło. Z zainteresowaniem przyglądała się wesołemu, śniademu recepcjoniście i miłym czarnowłosym kelnerkom. Jedzenie okazało się bardzo smaczne, chociaż zupełnie inne od tego, które jadała w domu. Wkrótce Magdalenka znała już drogę do jadalni, basenu, tarasu i wspólnego salonu. Powoli przyzwyczajała się do nowego miejsca.

W hotelu mieszkało mnóstwo ludzi. Dziewczynka widywała rodziny z dziećmi, pary i grupy młodzieży. Najbardziej dziwiło ją to, że prawie nikogo nie rozumiała. Raz jedynie usłyszała swój rodzimy język. Starsza para omawiała przy recepcji szczegóły wycieczki statkiem. Była to miła odmiana, gdyż dziewczynkę męczyły wszystkie niezrozumiałe dla niej dźwięki, które natrętnie ją otaczały.

Brakowało jej też dzieci. Wprawdzie w hotelu i na plaży zawsze było ich pełno, ale świetnie bawiły się ze swoimi braćmi, siostrami czy kolegami i zupełnie nie potrzebowały towarzystwa Magdalenki. Raz tylko przed wyjściem na plażę, razem z mamą podeszła do starszego hiszpańskiego chłopca, który z zapałem grał na hotelowym pianinie. Obok jasnowłosa dziewczynka kręciła piruety, a towarzyszący jej ciemnoskóry chłopiec, chodził ze słomkową panamą, udając, że zbiera pieniądze za występ. Kiedy Magdalenka zajrzała do kapelusza, zobaczyła, że jest pełen białych muszelek. Wówczas chłopiec mrugnął do niej łobuzersko. Mama wybuchnęła śmiechem, a  Magdalenka schowała się za jej spódnicą.

Widząc to, jasnowłosa dziewczynka przerwała taniec, pociągnęła chłopca za rękę i pogroziła mu palcem. Pomachała też do Magdalenki. Ta pomyślała, że musi być bardzo miła. Przypominała trochę jej przyjaciółkę Amelkę. Po chwili wahania odezwała się do zielonookiej dziewczynki o różowych policzkach, ale ta jej najwyraźniej nie zrozumiała. Uśmiechnęła się jedynie i wyciągnęła rękę, z białą muszelką. Magdalenka zawstydziła się niespodziewanie dla samej siebie. Mama powiedziała coś po angielsku do dziewczynki, ale ta pokręciła tylko głową i rozłożyła ręce, na znak, że nie rozumie. Mama miała ochotę na rozmowę z małymi artystami, ale Magdalenka oświadczyła, że chce już iść na plażę. Pożegnały się z dziewczynką, która uśmiechnęła się i pokiwała im na pożegnanie.

Magdalenkę przestały cieszyć wakacje. Tęskniła za domem, za kolegami i koleżankami, którzy mówią w jej języku. Dni były podobne do siebie, jednakowo piękne, słoneczne i niesłychanie wręcz nudne. Dzień, w którym Król Krab zesłał na nią sny, również niczym nie różnił się od pozostałych.

***

Tego dnia również pracowicie wsypywała piasek do swojego czerwonego wiaderka. Na plaży było tłoczno. Tato pływał, a mama czytała książkę na leżaku. Od rana piasek stopniowo pokrywały ręczniki i koce. Ludzie rozmawiali ze sobą, czytali lub słuchali muzyki. Dzieci piszczały, rozpryskując wodę. Od czasu do czasu któreś z nich wybuchało płaczem. Całemu temu gwarowi towarzyszyło miarowe uderzanie fal o brzeg.

Dziewczynka, mrużąc oczy, spojrzała prosto w słońce. Poprawiła jasną czapeczkę. Przygryzła jeden z cienkich, brązowych warkoczy i rozejrzała się wokół. Mama odłożyła książkę, wystawiając twarz ku promieniom. Magdalenka patrzyła na nią przez chwilę. Pomyślała, że jest bardzo ładna. Mama uśmiechnęła się do dziewczynki i poprawiła duże, przeciwsłoneczne okulary. Obok ich miejsca tęgi, rudowłosy mężczyzna wcierał w ramiona krem z filtrem. Jego córka ze słuchawkami w uszach co jakiś czas zmieniała pozycję, jakby równomierna opalenizna była dla niej najważniejsza na świecie. Dziewczynka poszukała wzrokiem ciekawszego widoku.

Nieopodal, na kolorowych ręcznikach siedzieli przedstawiciele dwóch rodzin. Obie mieszkały w tym samym hotelu, co Magdalenka z rodzicami. Dwie kobiety z ożywieniem rozmawiały w nieznanym dziewczynce języku. Jedna z nich, jasnowłosa, ubrana była w zielony, dwuczęściowy kostium kąpielowy. Druga miała na sobie szorty i białą bluzkę, kontrastującą z jej śniadą skórą. Na plecach kobiety w kolorowej chuście spała mała dziewczynka. Magdalenka zastanawiała się, czy jest jej wygodnie.

Obok, na leżaku ciemnoskóry, starszy mężczyzna czytał gazetę. Magdalenka przyglądała mu się przez chwilę. Jego prawie biała broda spływała na ciemną skórę. Przypominał mocno opalonego Świętego Mikołaja. Pomyślała, że to pewnie dziadek chłopca, który obecnie gonił po plaży roześmianą dziewczynkę z długimi jasnymi włosami. Były to te same dzieci, które zorganizowały koncert w hotelowym holu. Magdalenka domyśliła się, że kobiety rozłożone na ręcznikach są ich mamami.

Tego dnia jasnowłosa dziewczynka również się do niej uśmiechnęła, ale Magdalenka nie miała śmiałości, by podejść do niej i jej przyjaciela. Teraz z niechęcią odwróciła wzrok od rozbawionych dzieci. Wstała, podniosła swoje wiaderko, podeszła do brzegu morza i nabrała wody. W tym czasie jej mama oparła się na łokciach, czujnie obserwując córeczkę.

Dziewczynka z trudem przyniosła wiadro wypełnione wodą na miejsce, w którym wcześniej się bawiła i wylała jego zawartość. Przez chwilę obserwowała pęcherzyki pojawiające się na powierzchni piasku. Następnie ponownie ruszyła w stronę morza, by zaczerpnąć wody. Powtarzała swój spacer tak długo, aż uznała, że piasek jest dostatecznie wilgotny. Wówczas położyła wiaderko i chwyciła łopatkę. Zaczęła pracowicie mieszać mokrą masę. Wreszcie stwierdziła, że nadaje się do budowy. Najpierw napełniła wilgotnym piaskiem czerwone wiaderko i zrobiła babkę. Potem wzięła mniejsze, zielone i spróbowała delikatnie zrobić mniejszą babkę na szczycie większej, ale konstrukcja rozpadła się z nieprzyjemnym plaśnięciem. Kolejne dwie próby również się nie powiodły.

Tato dziewczynki właśnie wyszedł z wody i z rozbawieniem przyglądał się staraniom córeczki. Magdalenka poddała się w końcu. Przez jakiś czas siedziała ze zrezygnowaną miną na mokrym piasku, obejmując kolana. Wzdychała tak żałośnie, że jej tato uśmiechnął się nieznacznie. Obok przebiegła z krzykiem jasnowłosa dziewczynka. Magdalenka odwróciła głowę w kierunku, w którym pobiegła.

– Nie chcesz się z nią pobawić? – spytał tato. – Chyba jest z naszego hotelu. – Magdalenka pokręciła głową.

– Nie rozumiem jej – powiedziała z nadąsaną miną. – Dziwnie mówi.

– Może my dla niej również dziwnie mówimy? – stwierdził zaczepnie tato. Dziewczynka milczała. Tato pogładził ją po głowie. – Chcesz zobaczyć kraba? – zapytał. – Magdalenka pokręciła głową. – Chodź! To niedaleko! – krzyknął wesoło i poderwał się z piasku.

Magdalenka wstała bez słowa i podała mu rękę. Weszli do wody. Kiedy już mieli się zanurzyć, pod stopą wyrósł niespodziewanie skalny stopień i naraz morze stało się płytsze. Stali teraz pośrodku wielkiego błękitu, a woda zakrywała im jedynie stopy. To też było niezwykłe. Z daleka wyglądało, jakby chodzili po wodzie. Ukucnęli i tato wskazał palcem na fragment skały, nieznacznie wystający z morza.

– Widzisz? – spytał.

– Nie – odpowiedziała Magdalenka.

– Musisz bardziej się pochylić. O poruszył się! – dziewczynka dostrzegła czerwony pancerzyk.

– Śmieszny jest – stwierdziła.

– No, nie wiem – powiedział poważnie tato. – Co roku kraby próbują podbić Kubę. To taka duża wyspa – wyjaśnił. Dziewczynka popatrzyła na niego z niedowierzaniem. Na widok jej miny tato roześmiał się serdecznie. – Naprawdę! Po wiosennych deszczach żółte, czerwone i czarne kraby opuszczają lasy i ruszają w stronę wody, wchodząc na ściany budynków i na wszystko, co napotkają na swojej drodze.

– Nie wierzę! – krzyknęła Magdalenka.

– Nie musisz, ale ja bym się nie zdziwił, gdyby i ten krab czegoś nie knuł – mrugnął do niej tato. – Nie martw się córeczko! Gdyby nadeszło najgorsze, wezwiemy desant powietrzny – wskazał na mewę kołującą wysoko nad wodą.

Magdalenka popatrzyła na ptaka. Osłoniła oczy dłonią. Wiedziała, że mewy polują na kraby. Tato wstał z kolan i podał rękę córce. Wrócili na plażę. Rodzice z przenośnej lodówki wyjęli wodę i kanapki. Po drugim śniadaniu mama ponownie pomogła Magdalence nasmarować się kremem przeciwsłonecznym. Potem czytała jej baśń o królewnie. Dziewczynka słuchała o pięknej pannie, którą okrutny król zmuszał do małżeństwa i patrzyła na ruiny swojej budowli.

Zauważyła, że chłopiec i dziewczynka z jej hotelu podeszli do smętnego kopczyka, który usypała. Przyglądali się mu i pokazywali sobie coś palcami. Na pewno śmiali się z niej. Chłopiec obejrzał się w jej stronę. Odwróciła wzrok, udając, że jest całkowicie zajęta słuchaniem. Czuła coraz większą złość. Postanowiła wybudować najwspanialszy zamek na świecie. Kiedy mama skończyła czytać, dziewczynka wstała i ponownie zabrała się do pracy.

Usypała spory kopczyk, porządnie go uklepując. Kiedy był gotowy, zaczęła obcinać łopatką jego brzegi, tak by stworzyć pionowe ściany. Znalazła patyk. Delikatnie nakreśliła nim spiralę wzdłuż kopca. Obeszła budowlę i kiwnęła głową z aprobatą. Następnie zabrała się za budowę muru obronnego. Dookoła kopczyka stawiała, jedna przy drugiej, małe babki. Kiedy skończyła, cofnęła się dwa kroki, przechyliła głowę i spojrzała krytycznie. Budowla nadal nie przypominała tego, co pojawiło się w jej wyobraźni. Przez chwilę, z dużym skupieniem przyglądała się swojemu dziełu.

Dźwięki z boku powoli przestały do niej docierać. Słyszała jedynie fale uderzające rytmicznie o brzeg. Nieopodal parasola rodziców zebrała kilka muszelek i złożyła je obok zamku. Chwyciła czerwone wiaderko. Ponownie ruszyła ku wodzie. Spacerowała wzdłuż brzegu, szukając muszli i odpowiednich kamyków. Naraz wydało jej się, że na plaży nie ma nikogo oprócz niej. Wszelki gwar ucichł. Tylko szum morza stał się głośniejszy. Wkrótce wiaderko zapełniły morskie skarby.

Magdalenka wróciła do swojej budowli. Przyklękła i wysypała znaleziska na kupkę, obok wcześniej zebranych muszelek. Miała wrażenie, że teraz było ich znacznie więcej. Białe muszelki zaczęła układać wzdłuż spirali. Dolną część wyłożyła ciemnymi muszlami. Zamek otoczyła szarymi kamykami. Mur obronny również ozdobiła muszelkami. Szum morza był coraz bardziej natarczywy.

Dziewczynka ponownie spojrzała w słońce, mrużąc powieki. Piekło nieprzerwanie. Przed jej oczami pojawiły się kolorowe plamki. Kiedy skierowała wzrok na zamek z piasku, kolory nadal migotały, a sama budowla jakby urosła. Mur także wyglądał jakoś inaczej. Magdalenka ukucnęła i przechyliła głowę. Coś się nie zgadzało. Dostrzegła okienko, którego wcześniej tam nie było. Przyłożyła do niego oko.

Ujrzała rozległą komnatę, całą wyłożoną muszlami. Pośrodku stał perłowy tron. Dziwny blask, bijący od niego poraził Magdalenkę. Przetarła piąstkami oczy i jeszcze raz spojrzała przez okienko. Tym razem na tronie dostrzegła miniaturową postać – delikatną i niemal przezroczystą. Maleńka dziewczyna miała na sobie sukienkę, która wyglądała, jakby była zrobiona z morskiej piany. Na jej skroniach widniała korona. Miniaturowa królewna rozczesywała swoje jasne, migotliwe włosy. Magdalenka położyła się na piasku i oparła brodę na dłoniach. Wciąż patrzyła przez okienko. Wraz z szumem morza do jej uszu docierały słowa…

***

W dalekim królestwie żyła piękna królewna Małgorzata. Mieszkała w cudownym pałacu, nad brzegiem morza. Jego białe wieże wznosiły się dumnie i jaśniały w słońcu. Sala tronowa, w której królewna zwykle przyjmowała swych poddanych, była wyłożona muszlami, kwarcem, koralem oraz rozmaitymi szlachetnymi kamieniami. Cała skrzyła się, gdy przez okna zaglądały do niej promienie słoneczne. Posadzkę zdobiły wizerunki zwierząt i roślin morskich.

Pośrodku sali pysznił się tron z masy perłowej. To na nim zasiadała Małgorzata. Wokół niej na srebrnych poduszkach spoczywały szlachetnie urodzone panny. Mimo że każda odznaczała się niezwykłą urodą, królewna jaśniała pośród nich niczym najrzadsza perła. Małgorzata słynęła nie tylko ze swej piękności, ale również z dobroci i mądrości. Znajdowała radę na każdy problem, z którym przychodzili do niej poddani, a wszelkie spory rozsądzała sprawiedliwie. Kiedy tylko mogła, wraz ze swymi dwórkami udawała się na spacer nad morze. Tam dziewczęta zbierały muszle oraz bursztyny, śmiały się i śpiewały.

Pewnego ranka, podczas spaceru jedna z panien odnalazła na brzegu nieprzytomnego rozbitka. Królewna rozkazała przenieść chłopca do pałacu, gdzie pielęgnowała go wraz z nadwornym medykiem. Młodzieniec wkrótce odzyskał przytomność. Różnił się od mieszkańców nadmorskiego królestwa, którzy byli jaśni i świetliści. Miał ciemną, złocistą skórę i bursztynowe oczy. Mowa przybysza również w niczym nie przypominała języka mieszkańców Nadmorza.

Chociaż jego rany szybko się goiły, chłopiec wciąż nie odzyskiwał sił, a medyk tylko kręcił głową. Ani królewna, ani nikt z pozostałych mieszkańców pałacu nie wiedzieli jak mu pomóc. Wreszcie nadworny astrolog, który był nie tylko mężem niezwykle uczonym, ale człowiekiem zwyczajnie mądrym, orzekł, że to nie ciało rozbitka choruje, a jego dusza. Jego duszę bowiem zżera tęsknota za domem, do którego nie może powrócić i obcość, którą czuje w nowym otoczeniu.

Gdy księżniczka wysłuchała swego astrologa, wraz ze szlachetnymi pannami uradziła, by na dwór sprowadzić muzykantów. Muzyka bowiem jest uniwersalnym językiem. Pozwala porozumiewać się pozornie obcym sobie ludziom. Młodzieniec najpierw nie chciał słuchać nadwornych grajków. Po jakimś czasie coraz częściej przysłuchiwał się złożonym melodiom. Bywało, że uśmiechał się i nucił ich fragmenty. Wreszcie wybrał jeden z instrumentów i zaczął na nim grać.

Jego muzyka była inna niż jakakolwiek, którą słyszano w Nadmorzu. Podobała się jednak królewnie i jej dwórkom. Podobała się także muzykantom, a nawet królewskim doradcom. Tylko mędrzec zamykał się w wieży, mrucząc coś pod nosem. Wkrótce chłopiec grał i śpiewał wraz z nadwornymi muzykami.

Królewna uczyła również grajka języka Nadmorzan. Z białych muszli układała na piasku wzór i wypowiadała słowo, które go określało. Grajek wówczas starał się powtórzyć nieznany wyraz. Kiedy się mylił, damy dworu wybuchały śmiechem, ale gdy młodzieniec pochmurniał, dziewczęta zaczynały śpiewać i mijał mu gniew. Z czasem rozbitek nauczył się mowy mieszkańców Nadmorza i w pieśniach opisywał kraj, w którym się urodził.

Poddani królewny przychodzili do pałacu, by słuchać zaklętych w dźwiękach opowieści o nieznanym sobie zakątku świata, gorącym i niezwykłym. Najpiękniejsza ze wszystkich była jednak ta, którą chłopiec ułożył dla królewny. Sławiła ona jej urodę, dobroć i mądrość. Cały dwór, poddani, ministrowie, szlachetne panny, a nawet astrolog słuchali w zadumie cudownej pieśni.

Młodzieniec śpiewał, a wiatr niósł słowa w dalekie strony. Niezwykła melodia płynęła nad wodą. Igrała z falami. Mieszała się ze skrzekiem ptaków i szumem wody, tworząc pełną harmonik balladę. Pieśń dotarła w końcu do uszu morskiego króla Karakina. Karakin od stuleci spał wraz ze swą armią w morskich głębinach. Śpiew zbudził go z długiego snu. Gdy tylko wsłuchał się w słowa opiewające urodę i mądrość nadmorskiej królewny, zapragnął, by najpiękniejsza z pięknych została jego żoną. Wraz ze swoją opancerzoną armią ruszył w kierunku brzegu.

***

Pewnego dnia, po wielkiej burzy, królewnę zbudzili dworzanie. Wokół zamku jak okiem sięgnąć, aż do linii morza rozłożone były setki połyskliwych, fioletowych, czerwonych, czarnych i żółtych pancerzy. Zalegała też niezwykła cisza. Królewna w otoczeniu straży wyszła z pałacu. Kiedy uczyniła pierwszy krok, armia króla Karakina rozstąpiła się, pozwalając jej przejść. Szła wąską drogą pomiędzy rycerzami, których broń stanowiły nie miecze, lecz olbrzymie szczypce.

Na końcu tej przedziwnej drogi stał największy spośród zbrojnych. Jego trapezowaty, czerwony tors okrywał twardy pancerz. Przybyły poruszał się nerwowo, przebiegając z jednego boku na drugi. Królewna, pomimo przerażenia, które odczuwała na jego widok, postanowiła nie okazywać lęku. Gdy stanęła przed nieznanym sobie rycerzem, skłoniła się zgodnie z obyczajem Nadmorzan. Król Karakin pogładził szczypcami jej długie, srebrzyste włosy i przemówił:

– Witaj nadobna! Jam jest Karakin, król niedosiężnych głębin oraz cudownych ogrodów koralowych, władca wszystkich morskich stworzeń. O piękna pani, sława twej urody dotarła do mego królestwa. Jesteś jedyną kobietą, która zasługuje, by zostać moją żoną. Kiedy oddasz mi swoją rękę, będziesz władać nie tylko tym nędznym kawałkiem brzegu, ale całym królestwem głębin – królewna spojrzała na przybysza zielonymi, przejrzystymi oczami.

– Królu, pochlebia mi twoja propozycja, ale moje miejsce jest w Nadmorzu. Nie mogę zostać królową głębin.

Gdy wyrzekła te słowa, król Krab szczęknął szczypcami. Królewna wzdrygnęła się, ale nic nie powiedziała. Karakin skierował na nią swe dziwne oczy umieszczone na czułkach. Po chwili przemówił:

– Zastanów się dobrze pani, gdyż jeśli odmówisz, moje wojsko zburzy twój pałac i zniszczy twe królestwo. Niewiele mnie bowiem obchodzą sprawy ludzi.

– Skoro tak jest, to dlaczego pragniesz, bym została twoją żoną?

– Jesteś pani perłą, której pragnę, ale nie zawaham się zniszczyć twojego świata, jeśli mi odmówisz. Masz czas do jutra rana!

Małgorzata nic nie odpowiedziała. Ukłoniła się i skierowała swe kroki w stronę pałacu. Kiedy szła, ścieżka za nią zamykała się ze szczękiem. W sali tronowej pałacu zgromadzili się wszyscy doradcy królewny. Kapitan straży nie ukrywał, że nie mają szans z armią króla Karakina. Wśród zebranych zapanował gwar. Ministrowie i doradcy przekrzykiwali się, dwórki płakały, a królewna milczała. Młodzieniec, którego pieśń sprowadziła króla Kraba, trącał w zamyśleniu struny swego instrumentu. Po dłuższym czasie królewna przemówiła:

– Wyjdę za Karakina! Nie mogę ryzykować życia moich poddanych. Dla króla Kraba życie ludzkie nie ma znaczenia!

Na te słowa szlachetne panny zaczęły płakać jeszcze głośniej, a doradcy kłócić się zajadlej. Tylko grajek wymknął się po cichu z sali tronowej i skierował schodami na wieżę, gdzie mieszkał astrolog. Powiedział mu o decyzji Małgorzaty, a ten pokiwał jedynie siwą głową.

Mędrzec zaprowadził chłopca na balkon, gdzie oprócz wielkiej lunety i stojaka, na którym spoczywała księga, służąca uczonemu do zapisywania obserwacji astronomicznych, znajdował się dywan i bogato zdobione poduszki. Grajek usiadł na jednej z nich, a mędrzec przyniósł gorącą, słodką herbatę w pękatych szklankach. Chłopiec ze zdumieniem zauważył, że przypominają te, w których pijano kawę i herbatę w jego kraju.

Dopiero wówczas dostrzegł, że astrolog, chociaż jego broda i włosy są białe niczym skrzydło gołębia, ma brązowe oczy i skórę ciemniejszą niż mieszkańcy Nadmorza. Spojrzał pytająco na swojego gospodarza, a ten ponownie skinął głową. Kiedy wypili herbatę i zjedli słodkie, lepkie ciasteczka, starzec wszedł do swojej komnaty. Po chwili przyniósł z niej księgę, ale nie była to  księga czarów, a zbiór baśni, z pewnego zamorskiego kraju.

Grajek nie potrafił czytać, toteż mędrzec otworzył książkę na stronie, na której widniała rycina potężnej armii króla Kraba, drzemiącej na dnie morza. Przeczytał fragment w języku ludu, z którego wywodził się chłopiec. Ten uważnie wpatrując się w nieprzeniknione oczy starca, zapytał, czy jest jakiś sposób, by pokonać Karakina. Astrolog uśmiechnął się i przewrócił kilka kartek, ukazując dziwny rysunek, przedstawiający ptaka–potwora.

Młodzieniec słyszał o Dromadidzie, ale nie wiedział, jak go sprowadzić. Z trudem przypominał sobie bajki, które snuła jego babcia. Mędrzec odrzekł, że Dromadida przywoła zapewne to, co obudziło i przywiodło do Nadmorza Karakina. Tej samej nocy grajek usiadł na balkonie komnaty astrologa z instrumentem, na którym najchętniej grywał, ale mędrzec nakazał mu go odłożyć i zaprowadził chłopca do swego pokoju. Tam z głębi okutego kufra wyciągnął pakunek. Po rozwinięciu materiału oczom młodzieńca ukazał się instrument niepodobny do żadnego z widywanych w Nadmorzu.

Wzruszony podziękował starcowi i wrócił na miejsce. Nastroił instrument i uderzył palcami w struny. Po chwili zaczął śpiewać we własnym języku dziwną pieśń, a niezwykła melodia tyle uwodziła, co drażniła. W tym czasie mędrzec usiadł obok ze skrzyżowanymi nogami i zapalił fajkę, na którą składały się kolorowe szklane tuby, wypełnione płynem i plątanina rurek. Dym unosił się w powietrzu, zataczając kręgi ku morzu. Niebieskawy obłok, ulatujący z fajki mędrca i niezwykła melodia szybowały z wiatrem nad falami. Morze było bardziej wzburzone niż kiedykolwiek.

Królewna długo rozmyślała w ciemnościach swojej komnaty. W końcu zasnęła zmorzona płaczem. Spała bardzo niespokojnie, przewracając się z boku na bok. Śnił jej się król Karakin i jego rycerze, otaczający zamek. Obrazy senne pojawiały się i znikały. Widziała bursztynowe oczy grajka, zapłakane dwórki, siebie w sukni ślubnej oraz mędrca pokazującego jej księgę, której tytułu nie zdążyła dostrzec, gdyż obraz zniknął, tak nagle, jak się pojawił. Wydawało jej się także, że słyszy szum skrzydeł, który z każdym kolejnym nocnym widziadłem stawał się wyraźniejszy. W ostatnim obrazie królewna znajdowała się na pustej plaży. Stała na piasku, w wielkim cieniu. Naraz z góry usłyszała dźwięk, przywodzący na myśl krzyk mewy, ale ten odgłos był o wiele bardziej zgrzytliwy. Podniosła głowę i obudziła się przerażona.

Z samego rana królewna Małgorzata ubrana w białą, pienistą suknię wyszła z pałacu w towarzystwie dwórek. Armia króla Karakina rozstępowała się przed tym orszakiem. Młodzieniec, który znużony zasnął o świcie, obudził się z przestrachem i wybiegł z pałacu. Chciał podążyć za królewną, ale armia Karakina zagrodziła mu drogę. Chwycił instrument i zaczął śpiewać swoją pieśń. Wkrótce melodia dotarła do orszaku ślubnego. Szlachetne panny zaczęły mimowolnie ją nucić.

Rycerze króla Kraba poruszyli się zaniepokojeni. Gdy królewna podawała swoją drobną dłoń Karakinowi, dało się słyszeć szum ogromnych skrzydeł. Powietrze przeszył skrzekliwy dźwięk i naraz wielki, biały kształt zakołował nad królewną i Karakinem. Małgorzata, podobnie jak w swoim śnie, uniosła głowę w górę. Nagle coś długiego i ostrego chwyciło króla. Ten krzyknął, a jego pancerz zachrzęścił. Dromadid wzbił się ciężko w powietrze, unosząc w dziobie króla głębin, który obudził się nie w porę.

Wojsko pozbawione przywódcy zaczęło odstępować królewnę i jej orszak. Kolorowi rycerze wycofywali się do morza. Armia króla Kraba podążała ku głębinom, by tam znów zapaść w spokojny sen. Wkrótce połyskliwa, wielobarwna masa zniknęła, przykryta ostatnią falą. Królewna spojrzała na grajka i uśmiechnęła się do niego.

***

Magdalenka również się uśmiechnęła i przewróciła na drugi bok. Jej mama nie spała. Poprawiła pościel. Z niepokojem przyglądała się córeczce. Tego dnia dziewczynka dostała dreszczy. Doktor stwierdził, że zaszkodził jej nadmiar słońca.

W hotelowym holu tato Magdalenki rozmawiał po angielsku z lekarzem. Nieopodal stała jasnowłosa kobieta w kwiecistej sukni i starszy, ciemnoskóry mężczyzna. Towarzyszyła im dwójka dzieci. Dziewczynka przytulała się do kobiety. Chłopiec niepewnie przestępował z nogi na nogę. Kiedy lekarz pożegnał się i  opuścił hotel, jasnowłosa kobieta podeszła do taty Magdalenki. Odezwała się do niego po angielsku.

– Jak się czuje pańska córeczka?

– Na szczęście to nic poważnego – odpowiedział, uśmiechając się blado. – Jutro pewnie Magdalenka zostanie jeszcze w pokoju, pod opieką mamy, ale powinna wkrótce dojść do siebie.

Kobieta skinęła głową, uśmiechnęła się i odwróciła w stronę starszego pana, obejmującego dwójkę zatroskanych dzieci. Odezwała się po szwedzku. Rozpromieniona naraz dziewczynka zaczęła coś tłumaczyć gestami chłopcu i siwobrodemu mężczyźnie. Staruszek z uśmiechem kiwał głową, patrząc na ożywione dzieci. Kobieta przez chwilę przyglądała się tej scenie, po czym ponownie odezwała się w języku angielskim.

– Dzieci bardzo się martwiły.

– Muszę podziękować chłopcu – westchnął tato Magdalenki.

– Ma na imię Abu. Właściwie to nie jest jego pełne imię, ale ja i Ina, potrafimy wymówić jedynie tyle – roześmiała się perliście.

– Gdyby nie Abu, Magdalenka zostałaby dłużej na pełnym słońcu. Nie mogę sobie wybaczyć. Czytałem i straciłem rachubę czasu. Żona zasnęła, a Magdalenka wyglądała jakby leżała na piasku i rozmyślała nad dalszą budową swojego zamku – głos mu się załamał. Kobieta uspokajająco położyła rękę na ramieniu mężczyzny.

– Takie rzeczy się zdarzają. Nie jesteśmy w stanie wciąż uważać na swoje dzieci – powiedziała. – Abu i Ina chcieli zaprzyjaźnić się z pańską córeczką, ale ona jest chyba bardzo nieśmiała. Po kryjomu przynosili jej muszelki do budowy zamku. Kiedy Abu podkradał się z kolejną zdobyczą, zauważył, że dziewczynka dziwnie wygląda. Ma zamknięte oczy i jest mocno zaczerwieniona. Abu zapamiętał, że po rączce pańskiej córki spacerował czerwony krab, a ona nie reagowała. Chwycił ją za ramię i kiedy nie poruszyła się, pobiegł do pana i żony – Kobieta przywołała gestem chłopca.

Ten podszedł niepewnie. Stanął obok niej, wpatrując się w hotelowy dywan. Kobieta zwróciła się do niego po francusku. Chłopiec podniósł ciemną, kędzierzawą głowę i spojrzał prosto w oczy tacie Magdalenki.

– Proszę mu powiedzieć, że jestem bardzo wdzięczny za to, co zrobił – zwrócił się do niego tato Magdalenki.

Kobieta przetłumaczyła jego słowa na francuski. Chłopiec wzruszył ramionami i powiedział parę słów. Mama Iny roześmiała się i zmierzwiła jego gęstą czuprynę.

– Abu mówi, że nie ma za co i nic takiego nie zrobił – przetłumaczyła. Tato Magdalenki popatrzył na chłopca z powagą.

– Młody człowieku – zwrócił się do niego. – Uratowałeś mojej córce zdrowie, jeśli nie życie. Tylko dzięki twojej czujności, już niedługo znów będzie cieszyła się swoimi pierwszymi, zagranicznymi wakacjami – mama Iny tłumaczyła jego słowa. Chłopiec spuścił wzrok. – Ponadto zarówno ty, jak i twoja przyjaciółka okazaliście życzliwość i zainteresowanie obcej dziewczynce, co dla mnie jest prawdziwym, codziennym bohaterstwem. Mam nadzieję, że już niedługo będziecie mogli bawić się razem na plaży – Chłopiec poruszył się niespokojnie i spojrzał w oczy rozmówcy.

Tato Magdalenki wyciągnął do niego dłoń. Abu uścisnął ją i uśmiechnął się, ukazując śnieżnobiałe zęby. W tym momencie podbiegła do niego Ina. Mama powiedziała do niej kilka słów po szwedzku. Policzki dziewczynki zaróżowiły się wyraźnie. Zwróciła się w swoim rodzimym języku do taty Magdalenki. Mama przetłumaczyła.

– Ina bardzo się cieszy, że dziewczynce z naszego hotelu nic nie jest. Ma nadzieję, że kiedy będzie już mogła wyjść, razem z nią i Abu zbudują ogromny zamek z piasku – tato Magdalenki uśmiechnął się do Iny. Wyciągnął rękę i uścisnął drobną dłoń dziecka.

– Dziękuję ci bardzo. Jak tylko Magdalenka się obudzi, powiem jej, że martwicie się o nią i macie nadzieję na wspólną zabawę – zwrócił się z powagą do dziewczynki.

Jej mama przetłumaczyła słowa córce. Ina uśmiechnęła się, a Abu wyraźnie zdezorientowany zaczął ciągnąć kobietę za rękę. Wówczas ta przetłumaczyła rozmowę na francuski. Chłopiec się rozpogodził. Szepnął coś Inie na ucho. Ta spojrzała na niego ze zdziwieniem. Abu pokazał na kieszonkę w jej bluzce. Dziewczynka zrobiła minę, jak by coś sobie przypomniała. Wyjęła z kieszeni jasną, połyskliwą muszlę. Wręczyła ją tacie Magdalenki. Mówiła coś z bardzo uroczystym wyrazem twarzy, a Abu kiwał przy tym energicznie głową.

– Ina mówi, że to dla dziewczynki z brązowymi warkoczami – powiedziała kobieta. – Żeby wiedziała, że Ina i Abu o niej pamiętają.

– Dziękuję – powiedział serdecznie tato Magdalenki.

Mężczyzna patrzył na muszlę. Dzieci widocznie uznały, że wszelkim formalnościom stało się zadość. Abu skinął grzecznie w kierunki mężczyzny. Chwycił Inę za rękę i pociągnął ją za sobą. Ta krzyknęła coś po szwedzku do taty Magdalenki.

– Ina powiedziała „Do widzenia” – kobieta rozłożyła ręce w przepraszającym geście. – Dzieci chcą jeszcze spędzić trochę czasu w towarzystwie dziadka Abu. Co wieczór opowiada im różne historie. Zaraz będę potrzebna Inie jako tłumacz – stwierdziła.

– Jak to? – zdziwił się tato Magdalenki.

– Abu wraz z rodziną przeprowadził się z Tunezji ponad dwa lata temu. Mówi po francusku i trochę rozumie po szwedzku. Ina niedawno zdecydowała się na naukę francuskiego, ale zna zaledwie kilka zwrotów – wyjaśniła mama Iny.

– Nie wiedziałem, że dzieci się nie rozumieją.

– Ależ rozumieją się doskonale! – roześmiała się kobieta.

– Chodziło mi o to, że, Abu i Ina nie mówią w jednym języku.

– Myślę, że mówią w uniwersalnym języku dzieci – odpowiedziała poważnie mama Iny.

Pożegnała się z tatą Magdalenki i skierowała do windy. Mężczyzna patrzył za nią z zadumą. Po chwili podszedł do frontowych drzwi. Był bardzo zmęczony. Postanowił wybrać się na krótki spacer wzdłuż brzegu. Odcinek plaży, przy którym stał hotel, nie łączył się bezpośrednio z promenadą spacerową i był wieczorami bardzo spokojny. Szum morza mieszał się z dźwiękami dochodzącymi z centrum kurortu. Tacie Magdalenki wydawało się, że rozpoznaje dziwaczną melodię. Po chwili otrząsnął się i zawrócił do hotelu.

Z plaży dostrzegł oświetlony taras. Sporą jego część zajmowały dwie znane mu z widzenia rodziny. Rodzice Abu i Iny siedzieli rozparci na kolorowych poduszkach, które nadawały hotelowemu tarasowi nieco orientalny wygląd. Mała siostrzyczka chłopca spała na rękach mamy. Abu i Ina siedzieli po obu stronach dziadka chłopca i przekomarzali się wśród śmiechów. Mama Iny zrezygnowała z tłumaczenia i zajęła się rozmową z rodzicami Abu. Tato Magdalenki pomyślał o swojej rodzinie. Szybkim krokiem wszedł na ścieżkę, prowadzącą wprost do hotelu.

W pokoju, który spowijał już mrok, mama pogłaskała zagadkowo uśmiechniętą córeczkę po głowie. Wreszcie postanowiła się położyć. Drzwi skrzypnęły i do pokoju wszedł tato Magdalenki. Przytulił żonę. Następnie podszedł do córki i pogładził ją po policzku. Na stoliku obok jej łóżka położył białą muszlę.

***

Tymczasem wyjątkowo duża fala zmyła piaskową budowlę, pozostawioną na brzegu.

No Comments

Post A Comment