Baśnie wRóże | Nokumbra
Baśnie wRóże. Prowadzę warsztaty bibio- i bajko- terapeutyczne, w których chcę pobudzać do twórczego myślenia oraz rozwijać umiejętności fantazjowania. Fantazjowanie pozwala nam bowiem dostrzegać pozytywne strony życia, cieszyć się małymi rzeczami i dostrzegać piękno tam, gdzie inni go nie widzą.
storytelling, bajki, baśnie, Poznań, Wielkopolska, opowiadanie, dziecięce fantazje
1875
post-template-default,single,single-post,postid-1875,single-format-standard,ajax_fade,page_not_loaded,,qode_grid_1300,qode-content-sidebar-responsive,qode-theme-ver-10.0,wpb-js-composer js-comp-ver-4.12,vc_responsive

Nokumbra

Nokumbra

W Nokumbrze zawsze panował mrok. Stare baśnie mówiły o Jasnym Świecie, oświetlanym przez dwa obiekty, które wędrując po sklepieniu, wyznaczały bieg czasu. Ich opisy przetrwały w opowieściach i niezmiennie fascynowały mieszkańców Nokumbry, znających jedynie blask ognia.

Nikt już nie pamiętał, skąd wziął się ogień w Nokumbrze. Zgodnie z legendą, w prastarych czasach, pewien bohater wykradł go bogu Tenebro. Za jego zuchwałość mieszkańcy mrocznej krainy zostali surowo ukarani. Od tej pory bowiem Tenebro zsyłał na Nokumbrę ligna – ogromne, podłużne przedmioty, które spadając ze sklepienia, niejednokrotnie niosły śmierć. Były niezwykle twarde, złożone z wielu regularnie zachodzących na siebie płyt. Ich upadki zawsze poprzedzał charakterystyczny trzask, rozlegający się w górze. Przy zetknięciu z żarem, ligna natychmiast płonęły. W dodatku ogień często przenosił się na luspida, pokrywające ziemię w całej Nokumbrze. Długie, ostro zakończone luspida, zaraz po upadku były dość miękkie. Mieszkańcy wyplatali z nich maty, dywany, okrycia oraz sporządzali pochodnie, dzięki którym mogli poruszać się w mroku. Po wyschnięciu luspida stawały się kruche i łamliwe. Zdaniem kapłanów, w przeciwieństwie do lign były darem zesłanym przez Tenebro. Chociaż, jak zauważali niektórzy, paliły się równie łatwo.

Mieszkańcy Nokumbry żyli spokojnie. Pilnowali swoich domowych palenisk, skonstruowanych tak, by nie wydostała się z nich żadna iskra. Zdobywali pożywienie oraz zbierali wodę, którą regularnie zsyłał Tenebro. Po każdym zbiorze wody udawali się do kapłanów, by wysłuchać ich nauk. W Nokumbrze nie hodowano zwierząt, gdyż gładkie wielonożne stworzenia zamieszkujące krainę bały się ognia. Mieszkańcy często gromadzili się przy głównym palenisku Nokumbry i opowiadali stare baśnie. Snuli historie o potworach, czających się w mroku i zbłąkanych wędrowcach. Spotkaniom tym towarzyszył niezmienny gwar, a żartom i docinkom nie było końca. Jednak gdy głos zabierała stara Solisa, wokół ognia zalegała cisza.

Wszyscy nazywali ją babką Solisą. Mieszkała w ciemniejszej części Nokumbry. Miała dwójkę wnuków Miko i Nito, których samotnie wychowywała. Kiedy chłopcy byli jeszcze mali ich matka Raja zapadła na chorobę, zwaną nonluminą. Wielu mieszkańców Nokumbry na nią cierpiało. Na początku chory czuł się jedynie osłabiony. Z czasem jednak zapadał w apatię, z której już się nie budził. Na nonluminę nie było lekarstwa. Gdy Raja odeszła, Eludo – ojca Miko i Nito zaczęła dręczyć myśl o opuszczeniu Nokumbry. Wierzył, że to sama kraina wywołuje chorobę. W końcu wyruszył w drogę, zostawiając synów pod opieką babki. Obiecał, że sprowadzi ich do siebie, gdy tylko odnajdzie Jasny Świat. Nigdy nie wrócił.

Solisa z nikim nie rozmawiała na ten temat. Wiedziała, że nie spodobałoby się to kapłanom. Nikt jednak nie mógł jej zabronić snucia opowieści. Siadała więc w migotliwym blasku centralnego paleniska i opowiadała. Opowiadała o pełnym barw Jasnym Świecie, kuli ognia na sklepieniu i potworach. Niektóre z nich biegały po ziemi, a inne unosiły się w przestworzach. Mieszkańcy Nokumbry znali tylko kilka, nieznacznie różniących się od siebie, barw. Nie wiedzieli również, czym jest oślepiający blask i nie potrafili wyobrazić sobie, jak cokolwiek może unosić się w powietrzu i nie spadać. Dlatego zgromadzeni przy palenisku, słuchali tych cudownych historii z zapartym tchem. Miko i Nito siedzieli wówczas przytuleni do Solisy, wpatrując się w ogień.

Jedynie Imtoro, najwyższy kapłan sprzeciwiał się spotkaniom przy głównym palenisku. Twierdził, że rozrywki, jakim oddają się mieszkańcy Nokumbry, bynajmniej nie są niewinne. Według niego zatruwały umysły. Sprowadzały tęsknoty, których niepodobna zaspokoić. Wielu już bowiem, zwiodły baśnie. Wyruszyli oni w poszukiwaniu Jasnego Świata, ale żaden z nich nie powrócił. Na nic się jednak zdawały jego przestrogi. Mieszkańcy Nokumbry nadal gromadzili się przy głównym palenisku. Imtoro tłumaczył Solisie, jak wiele szkody przynoszą baśnie. Ta jednak uśmiechała się tylko, rozkładała ręce i mówiła, że poprawiają ludziom nastrój. Skoro smutek był głównym objawem nonluminy, a opowieści rozweselały ludzi, chroniły ich również przed chorobą.

Miko nie lubił starego Imtoro. Natomiast młodszy Nito zwyczajnie bał się wysokiego, ponurego kapłana w ceremonialnej szacie z luspidów. Miko często otwarcie wyrażał niechęć do Imtoro. Wówczas Solisa wzdychała i tłumaczyła, że kapłan ma powody, by nie lubić starych opowieści. Imtoro miał brata Forto. Imtoro i Forto podobnie jak Miko i Nito zostali sierotami we wczesnym dzieciństwie. Ich rodziców zabrała nonlumina. Chłopców nie miał kto przygarnąć. Starszy Forto zajmował się Imtoro. Jednak kiedy dorósł, postanowił odszukać drogę do Jasnego Świata. Obiecał młodszemu bratu, że sprowadzi go, gdy tylko dotrze na miejsce. Imtoro czekał bardzo długo i w końcu stracił nadzieję na powrót brata. Pojawiły się u niego pierwsze objawy nonluminy. Wówczas przygarnęli go kapłani.

Imtoro był zafascynowany ich mądrością i spokojem. Kapłani potrafili wszystko prosto wyjaśnić. Zapoznali go z naukami Wielkiego Tenebro. Imtoro przestał mieć wątpliwości, które wcześniej go dręczyły i objawy nonluminy ustąpiły. Wtedy też nabrał przekonania, że to właśnie myśli o Jasnym Świecie i wiara w niego powodują chorobę. Chłopiec rósł, chłonąc każde słowo kapłanów. Wreszcie sam został jednym z nich. Pragnął bezpieczeństwa mieszkańców Nokumbry. Jego zdaniem zapewnić je mogło jedynie ścisłe przestrzeganie nakazów Wielkiego Tenebro. Należało pilnować ognia, usuwać ligna oraz unikać wychodzenia z domu w Czasie Gniewu. Czas Gniewu był okresem, kiedy ligna spadały wyjątkowo obficie. Przede wszystkim jednak mieszkańcy Nokumbry nie powinni opuszczać swojej krainy, poza którą znajduje się jedynie ciemność.

Najstarszy kapłan powierzył mu Wielki Sekret. Gdy dostatecznie długo wędruje się w kierunku gęstniejącego mroku, można dotrzeć do nieprzebytej ściany. Jest ona zakończeniem tego świata. Żaden Jasny Świat nie istnieje i nigdy nie istniał. Jednak opowieści o nim są bardzo niebezpieczne. Sieją zamęt w umysłach łatwowiernych, doprowadzając ich do zguby. Historie, których obaj z bratem słuchali w dzieciństwie, sprawiły, że Forto zostawił go i ruszył w mrok, na pewną śmierć. Mimo pozornej obojętności Imtoro w głębi serca nigdy nie pogodził się z odejściem Forto. Gdyby ktokolwiek wydostał się z Nokumbry, już dawno dałby jakiś znak. Imtoro nigdy nie zastanawiał się, skąd najstarszy kapłan wiedział tak dokładnie, jak wygląda kraniec świata.

Przypadki nonluminy trafiały się coraz częściej. Zapadali na nią już nawet młodzi i silni. Opieka i wszelkie znane środki łagodzące objawy nie przynosiły efektów. W dodatku Tenebro czegoś od nich chciał. W Czasie Gniewu spadały ligna z przytwierdzonymi do nich dziwnymi przedmiotami. Rzeczy te były miękkie i miały kolory. Kolory, których nie znano w Nokumbrze! W dodatku wyglądało na to, że nieznane obiekty zostały celowo przymocowane do lign. Imtoro nie wiedział, co to znaczy. Co Tenebro chce mu powiedzieć? Z racji zakazu opuszczania domów w Czasie Gniewu, niezwykłe zjawisko, jak dotąd udało utrzymać się w tajemnicy. Kilku zaufanych wojów Nokumbry, pod okiem kapłanów zakopywało ligna. Byli zobowiązani do zachowania sekretu. Kapłani zabierali i gromadzili dziwne, przytroczone do lign rzeczy. Imtoro spędził wiele czasu na ich badaniu, ale do nie odkrył ich tajemnicy.

Nadszedł kolejny Czas Gniewu. Miko i Nito lubili ten okres. Wraz z Solisą ukryci bezpiecznie w domu, słuchali trzasków zapowiadających upadki lign oraz odgłosów ich uderzeń o ziemię. Siedzieli przy domowym palenisku i wpatrywali się w ogień. Kiedy Solisa po raz kolejny opowiadała im o potworach przemierzających przestworza, usłyszeli potworny huk i poczuli wstrząs. Zrozumieli, że jedno z lign trafiło w ich dom. Wszyscy wybiegli na zewnątrz. Solisa zabrała ze sobą pochodnię. Na niskim dachu leżało ligno. Z jednej, z jego płyt wystawało coś dziwnego. Miko i Nito nigdy czegoś takiego nie widzieli. Solisa podniosła wyżej pochodnię i wciągnęła ze świstem powietrze. Naraz usłyszeli w ciemności tupot wielu stóp.

– Miko! Szybko! – zawołała.

Miko spojrzał w górę. Bez wahania wspiął się po ścianie domu i powierzchni ligna. Wyciągnął nieznany przedmiot. Okazał się zaskakująco miękki. Błyskawicznie zszedł i schował się w domu. Chwilę później nadbiegli wojowie i kapłani z pochodniami. Imtoro podejrzliwie obejrzał ligno i odetchnął z wyraźną ulgą. Odchrząknął, po czym przemówił:

– Bardzo mi przykro Soliso!

– Mnie też – westchnęła staruszka.

– Czy… – Imtoro wyraźnie zawahał się – Czy zauważyliście może coś dziwnego?

– Dziwnego? – zdziwiła się Solisa. – Nie – pokręciła głową, obejmując mocno Nito. Po chwili Miko wyszedł z chaty. Popatrzył na kapłana, który obdarzył go wyjątkowo podejrzliwym spojrzeniem.

– Z paleniskiem wszystko w porządku babciu! Ogień nie wygasł – powiedział.

– Bystry chłopak – Imtoro roześmiał się z przymusem. – Pilnuje ognia.`

– Bardzo bystry – uśmiechnęła się Solisa. Imtoro obejrzał dach.

– Może chcecie przenieść się do któregoś z sąsiadów? – zapytał.

– Nie trzeba. Dach chyba nie jest uszkodzony. Trochę się wystraszyliśmy, ale wolimy zostać w domu.

– W takim razie wyznaczę dwóch ludzi. Niech dobrze obejrzą wasz dom i naprawią ewentualne szkody.

Solisa już chciała zaprotestować, ale uśmiechnęła się i skinęła głową. Dwóch wojów zwinnie wspięło się na dach. Szybko uszczelnili pęknięcia, które powstały w wyniku upadku ligna. Staruszka podziękowała im i zaproponowała ciepły posiłek. Mężczyźni grzecznie odmówili, po czym udali się do swoich obowiązków. Solisa wraz z chłopcami weszła do domu. Przez chwilę siedzieli przy ogniu. Kiedy przestali słyszeć głosy rozmów dochodzących z zewnątrz, Solisa skinęła na Miko. Ten wyciągnął spod swojego posłania dziwny przedmiot, który tkwił między płytami ligna. Solisa wzięła go i przybliżyła do paleniska. Chłopcy przyglądali się mu ze zdumieniem. Był duży, miękki, zaokrąglony z jednej strony i miał barwy. Kończył się czymś w rodzaju luspida. Lśnił w blasku paleniska. Solisa zabroniła mówić komukolwiek o ich znalezisku. Miko i Nito przyrzekli zachować sekret.

Czas Gniewu skończył się i chłopcy znów mogli wychodzić z domu. Niestety Solisa zaczęła zapadać na zdrowiu. Miko obawiał się nonluminy. Solisa jednak śmiała się i mówiła, że to zupełnie inna choroba, zwana starością. Bardziej martwiła się o Nito. Miał podkrążone oczy, był apatyczny i wciąż zmęczony. Chociaż dużo pił, stracił apetyt. Coraz rzadziej opuszczał dom. Siedział przy palenisku, wpatrując się w płomienie. Solisa znała te objawy aż za dobrze. Wiedziała, że mogą być zapowiedzią apatii, z której już się nie wychodzi. Również boleśnie zdawała sobie sprawę z tego, że jej czas dobiega końca. Pewnego razu, kiedy Nito już spał, przywołała do siebie Miko. Z kryjówki za swoim posłaniem wydobyła pakunek. Ku zdumieniu chłopca znajdowały się w nim trzy miękkie przedmioty, w tym jeden znaleziony przez nich w lignie. Był tam też kłębek włosów. Długich, miękkich i splątanych. Miały barwę ognia. Chłopiec przyglądał się tym skarbom w milczeniu.

– Czy wiesz co, to jest babciu? – zapytał po chwili.

– Nie. Pozostałe znalazł jeden z wojów. Ukrył je przed kapłanami i przyniósł do mnie. Wszystkie były przymocowane do lign – powiedziała Solisa. Dotknęła ognistych włosów. – Również to było wplatane w płyty.

– Co to może znaczyć?

– Może to… – zawahała się staruszka. – Może to wiadomości.

– Od kogo? – zdziwił się chłopiec.

– Właściwe pytanie może brzmieć, skąd?

– Jak to?

– Myślę, że mogą… mogą pochodzić z Jasnego Świata – Chłopiec szeroko otworzył oczy.

– Przecież to tylko bajki – bąknął.

– Może nie – powiedziała powoli Solisa. – Posłuchaj, wiem jedno. Niedługo odejdę. – Miko chciał zaprotestować, ale staruszka uciszyła go gestem ręki – Trzeba pogodzić się z tym, co nieuniknione. Chcę, żebyś obiecał mi jedną rzecz. W momencie, w którym odejdę z tego świata ty i Nito wyruszycie poza Nokumbrę.

– Co? Przecież…

– Zdążę jeszcze przygotować was do podróży.

– Babciu, przecież poza Nokumbrą nic nie ma. Poza jej granicami świat ma swój kres. Tak mówi kapłan Imtoro.

– Wiem, co mówi Imtoro – Solisa skrzywiła się. – Imtoro, który nigdy nie opuścił Nokumbry!

– Nikt, kto wyszedł poza Nokumbrę, nie wrócił – rzekł cicho chłopiec.

– Może powrót nie jest możliwy?

– Nikt nie dał znaku życia!

– Nie jestem tego taka pewna – rzekła staruszka, spoglądając z zadumą na przedmioty, które tak pieczołowicie przechowywała.

– Babciu…

– Miko, wiem, że się boisz. Musisz mi jednak zaufać. Ty i Nito nie możecie tu zostać. Nito niedługo… Nito musi opuścić Nokumbrę! – Miko popatrzył na śpiącego przy palenisku brata. Chłopiec był bardzo blady i oddychał niespokojnie. Miko milczał dłuższą chwilę, po czym odezwał się zduszonym głosem.

– Pójdę, ale sam. Droga może być dla Nito za trudna. Jeśli znajdę Jasny Świat, sprowadzę go…

– Nie! Jak sam mówiłeś, nikt nie wrócił. To wbrew pozorom, wcale nie oznacza, że nikt nie znalazł Jasnego Świata. Jestem pewna, że kapłani ukrywają przed nami wiele spraw.

– Takich jak to? – Miko dotknął płomiennych włosów.

– Tak.

– Myślisz, że było tego więcej?

– Jestem tego pewna!

– A jeśli… – Miko zająknął się wyraźnie. – Jeśli Nito w czasie podróży poczuje się gorzej. Pozostaniemy bez pomocy.

– Im dłużej tu zostaniecie, tym Nito będzie czuł się gorzej. Widziałam to wielokrotnie. Moje życie dobiega kresu. Nito ma objawy nonluminy. Jeśli tu zostaniesz, wkrótce będziesz sam – Po policzkach chłopca pociekły łzy. Solisa przytuliła Miko. – Wiem, że to trudna decyzja, ale jestem przekonana, że słuszna – Chłopiec otarł łzy i spojrzał na babkę.

– Dobrze – stwierdził z determinacją.

– Przygotuję wam wszystko na drogę – uśmiechnęła się Solisa. – Pamiętaj, by nikomu nie mówić o swoich zamiarach.

– Tak babciu, ale w którym kierunku powinniśmy iść?

– Musicie kierować się tam, gdzie spada więcej lign.

– Ależ tam jest niebezpiecznie i mrok wydaje się gęstszy! Jeśli opowieści o Jasnym Świecie są prawdziwe, to i te o potworach czających się w mroku mogą okazać się prawdą! – Solisa popatrzyła uważnie na rozgorączkowanego chłopca.

– Wiem, że to właściwy kierunek.

– Ale…

– Posłuchaj, woj, który przyniósł mi te przedmioty, twierdzi, że na lignach w głębszym mroku, znaleziono ich więcej. To właściwy kierunek!

– Dobrze, będziemy szli w gęstniejący mrok – rzekł zrezygnowany Miko.

Poczuł się strasznie samotny. Kiedy babcia odejdzie, będzie musiał ruszyć w mrok, w towarzystwie chorego brata, który już teraz prawie się nie odzywa. Wprawdzie wielokrotnie marzył o opuszczeniu Nokumbry, o podróży do Jasnego Świata. Co innego jednak snuć pocieszające fantazje, a co innego ruszyć w głąb ciemności, jeszcze większej niż ta, którą znał do tej pory. Solisa zdawała się czytać w jego myślach. Pogładziła chłopca po głowie.

– Nie wolno wam się poddawać. Nie dajcie się zwieść nikomu ani niczemu! – Miko pokiwał głową i spojrzał jeszcze raz na śpiącego brata.

Po Czasie Gniewu życie zdawało się wracać do normy, ale coś się zmieniło. Mieszkańcy Nokumbry coraz mniej chętnie gromadzili się przy wspólnym palenisku. Miko zauważył również, że gdy tylko przysiadali się z Solisą do biesiadników, ci natychmiast zaczynali narzekać na zmęczenie i rozchodzili się do domów. Przyjaciele nagle przestali mieć czas dla Miko. Chłopiec czuł jak, rośnie wokół niego krąg pustki. Jedynie woj, który zaufał Solisie, wpadał do nich od czasu do czasu. Solisa wydawała się nie być tym zaskoczona, a Nito na nic już nie zwracał uwagi. W końcu Miko odkrył, dlaczego sąsiedzi odsunęli się od nich.

Kapłan Imtoro przekonał mieszkańców Nokumbry, że Tenebro gniewa się na Solisę. Nie podobają mu się jej, zatruwające umyły, opowieści i dlatego zesłał ligno na jej dom. Gdy Miko poznał prawdę, rozpłakał się z bezsilnej złości. Wówczas babcia przytuliła go i powiedziała, by skupił się na przygotowaniach do wyprawy. Wkrótce Miko przestał myśleć o izolacji, na którą zostali skazani. Razem z babcią gromadził zapasy jedzenia i wody. Zrobił pochodnie. Sporządził sobie nawet mały, kamienny nóż. Nito zdawał się nie widzieć tych wszystkich przygotowań. Wciąż siedział, wpatrując się nieruchomo w palenisko. Niko bardzo bał się tego, co ma nastąpić, ale wiedział też, że nie ma odwrotu. Kiedy zabraknie Solisy, zostanie sam z bratem na skraju apatii, w otoczeniu nieprzychylnych ludzi.

Kiedy do Nokumbry zawitała ciepła pora, Solisa odeszła. Cicho i spokojnie. We śnie. Miko, tłumiąc łzy, zawiadomił kapłana Imtoro. Odbyły się wymagane uroczystości, na które przybyli wszyscy mieszkańcy Nokumbry. Następnie Miko i Nito, który nie uronił ani jednej łzy, wrócili samotnie do domu. Nikt im nie towarzyszył. Nito położył się przy palenisku i wkrótce zapadł w niespokojny sen. Miko zgromadził wszystko, co wcześniej przygotował z Solisą i czekał, ocierając łzy. Kiedy w okolicy zrobiło się cicho, co oznaczało, że mieszkańcy Nokumbry udali się na spoczynek, Miko potrząsnął brata za ramię.

– Musimy iść – Nito spojrzał nieprzytomnie. – Wszystko przygotowane do drogi.

– Co się… – bąknął chłopiec.

– Nie możemy tu zostać. Ruszamy!

– Dokąd?

– Do Jasnego Świata.

– Przecież to tylko bajki! – chłopiec aż wytrzeszczył oczy ze zdziwienia, a Miko odczuł zadowolenie, widząc wreszcie jakieś emocje na wychudzonej twarzyczce brata.

– Babcia uważała, że nie – powiedział – Ja też… – dodał nieco mniej pewnie, po czym spojrzał w oczy Nito i dokończył zdecydowanie. – Też uważam, że coś jest poza ciemnością!

Oczy Nito zabłysły. Przez chwilę przyglądał się uważnie starszemu bratu, po czym wstał. Niko wręczył mu małą torbę i pochodnię. Sam wziął większy tobołek, w którym schował kłębek płomiennych włosów.

– Przygotowałem zapas jedzenia, wody i pochodnie. O resztę będziemy martwić się po drodze – oświadczył Miko. Zauważył, że jego brat wygląda inaczej. Nie ma już takiego bezmyślnego wyrazu twarzy.

– A jeśli Imtoro ma rację i nie ma żadnego Jasnego Świata? – zapytał Nito.

– Pomyślimy o tym, kiedy się już przekonamy, że to prawda – odparł Miko z determinacją.

– A potwory, o których też mówią baśnie?

– Musimy na nie uważać – odparł Miko, nieświadomie dotykając torby w miejscu, w którym powinien znajdować się kłębek płomiennych włosów.

– W jakim kierunku idziemy?

– Kierujemy się tam, gdzie gęściej spadają ligna.

– Idziemy w głębszą ciemność? Tam, gdzie zmiażdżenie przez ligno jest bardziej prawdopodobne niż tu? Tam, gdzie zapewne żyją potwory?

– Tak!

– To ma sens! – nieoczekiwanie roześmiał się Nito.

Bracia zapalili swoje pochodnie od paleniska, które następnie starannie wygasili. Wyszli z domu i ruszyli przed siebie. Starali się nie robić hałasu. Kiedy mijali ostatni dom Nokumbry, z ciemności wyłoniła się ciężka sylwetka woja.

– A dokąd to? – spytał ostro.

– Opuszczamy Nokumbrę – oświadczył Miko drżącym głosem. Woj zaśmiał się nieprzyjemnie.

– Dwójka dzieciaków z pochodniami rusza w mrok. Zupełnie jak w baśni… A kim wy właściwie jesteście? – mężczyzna przysunął swoją pochodnię do twarzy chłopców. – A… wnuki Solisy. Nie uwierzyliście chyba w opowieści swojej babki? – chłopcy milczeli. – Nie ma żadnego Jasnego Świata! – huknął woj.

– Możliwe – odparł nieco już pewniejszym tonem Miko.

– Jeżeli was puszczę, spotka was marny los!

– I tak spotka nas marny los – odezwał się niespodziewanie Nito – Mam objawy nonluminy. Jesteśmy sierotami. Nie mamy już nawet babci, a sąsiedzi boją się nas. Zostaliśmy sami! – Miko popatrzył zdumiony na brata. Ten zaczerpnął tchu i kontynuował. – Czy to panu nie wszystko jedno, gdzie ten marny los nas spotka?

Strażnik otworzył usta, po czym je zamknął. Przyglądał się chłopcu przez dłuższy czas, by wreszcie odsunąć się niechętnie. Miko i Nito przeszli szybko obok niego i zagłębili się w mroku. Usłyszeli jedynie sarknięcie strażnika.

– Głupie dzieciaki!

Miko nie spodziewał się, że cichy, wielkooki Nito może być aż tak pewny siebie. Był dumny z brata i nabrał otuchy. Do tej pory obawiał się, że będzie musiał dbać o siebie i o niego. Szli wciąż przed siebie. Droga była trudna. Grzęźli w grubej warstwie luspidów. Zapalali pochodnie, a w miarę potrzeby wyrabiali kolejne. Miko zdobywał pożywienie. Wiedział, co w mrocznej krainie nadaje się do jedzenia. Z kolei Nito zbierał wodę gromadzącą się na podłożu w wilgotnym czasie. Posiłki przygotowywali na zaimprowizowanych paleniskach, uważając, by nie podpalić luspidów. Uparcie posuwali się naprzód, w coraz gęstszy mrok. Czasem słyszeli charakterystyczny trzask. Wówczas odskakiwali przed lignem. Na szczęście Czas Gniewu minął i nie musieli się tak bardzo obawiać.

Miko i Nito mogli wreszcie przyjrzeć się uważniej wszystkiemu, co spada z góry. Kapłani surowo zakazywali zbliżania się do wszelkich obiektów, pochodzących ze sklepienia, które nie były luspidami. Na ziemię trafiały nie tylko ligna i luspida. Spadały również podłużne, ciemne, twarde przedmioty. Czasem były do nich przytwierdzone luspida. Jednak wyglądały inaczej niż te tworzące podłoże. Były elastyczne, lekko wilgotne i trochę tłuste w dotyku. O ile chłopcom udało się to zauważyć w blasku pochodni, miały też kolor i wbrew rozsądkowi wydawały się żywe.

Miko i Nito nie potrafili określić, jak długo trwała ich podróż. Mierzenie czasu w Nokumbrze było bardzo trudne, a ustalenie go podczas podróży, w gęstniejącej wciąż ciemności, okazało się praktycznie niemożliwe. Odpoczywali i spali, kiedy byli zmęczeni. Jednak zawsze jeden z nich pilnował ognia. Najczęściej Miko. Nito czuł się coraz gorzej, chociaż nie przyznawał się do tego. Wprawdzie nie powrócił do stanu poprzedniego otępienia, ale był coraz słabszy. Ciemność odbierała mu siły. Z kolei Miko zaczynał wątpić w sens wyprawy. Tęsknił za mieszkańcami Nokumbry, gromadzącymi się wokół paleniska. Chłopcy rzadko rozmawiali ze sobą. Brnęli przez ciemność pogrążeni we własnych rozmyślaniach.

Najgorsza była nie sama ciemność, tylko to, co się w niej kryło. W głębi serc obaj obawiali się, że chociaż może Jasny Świat nie istnieje, to potwory istnieją. Słyszeli je! Słyszeli ich głosy w ciemności. Raz coś z piskiem wpadło na nich. Chłopcy przywarli do ziemi. Podmuch powietrza zgasił jedną z pochodni. Nito odpalił kolejną od ognia brata. Zauważył, że to, co ich przewróciło, było wielkie i miękkie. Miało długie włosy, które, o ile nie wyobraził sobie tego, były barwne. Miko pomyślał wówczas o kłębku płomiennych włosów w torbie. Wcześniej nie chciał straszyć brata. Tym razem przy kolejnym postoju pokazał mu to, co znalazł jeden z wojów. Przy blasku prowizorycznego paleniska Nito przyjrzał się uważnie ognistym włosom. Ku zdumieniu Miko, jego brat nie był wystraszony. Zdawał się jedynie zaciekawiony i jakby podniesiony na duchu. Nito wiązał wszystko, co pochodzi z Jasnego Świata z barwą. Jego starszy brat nie był pewien tej zależności. Chciał, by ta podróż dobiegła wreszcie końca.

Niedługo po otarciu się o barwnego potwora Miko i Nito dostrzegli przed sobą łunę. Nie mogli uwierzyć w to, co widzą. Serce Miko podskoczyło z radości. Przed nimi rozpościerał się znajomy widok. Zobaczyli kamienne domy i ludzi. Wkrótce weszli między pierwsze zabudowania. Między nimi snuli się ludzie z pochodniami w dłoniach. Większość z nich omijała wzrokiem chłopców. Miko od razu rozpoznał objawy nonluminy. Naraz jeden z mieszkańców dziwnej, sennej osady ocknął się odrętwienia. Spojrzał na dzieci i ruszył w kierunku centralnego paleniska. Wkrótce, do niepewnych i onieśmielonych chłopców podszedł blady mężczyzna.

– Witajcie – przemówił ochrypłym głosem. – Przychodzicie z Nokumbry?

– Tak – odpowiedział Miko. Nito tymczasem nerwowo ścisnął go za ramię. Mężczyzna przyglądał się im, tak jakby usilnie próbował sobie coś przypomnieć. W końcu pokręcił głową zrezygnowany.

– Chodźcie ze mną – powiedział i ruszył w kierunku paleniska.

Chłopcy podążyli za nim. Wokół ognia siedziało kilkunastu mężczyzn i dwie lub trzy kobiety. Nie było tu jednak dzieci i wszyscy zdawali się chorować na nonluiminę. Na podwyższeniu, które zwykle zajmował kapłan, siedział starzec z długą siwą brodą. Był chudy i pomarszczony. Przyglądał się chłopcom z niepokojącym błyskiem w oku.

– A więc jesteście wędrowcami! – roześmiał się zgrzytliwie. – Jak się nazywacie?

– Miko i Nito proszę pana – odpowiedział grzecznie chłopiec.

– Miko i Nito… tak… A czyimi jesteście dziećmi?

– Nasz ojciec miał na imię Eludo, a mama Raja – odpowiedział Miko, czując się coraz mniej pewnie. Zauważył, że blady mężczyzna, który przyprowadził ich do paleniska, poruszył się niespokojnie.

– Raja, Raja… tak miała na imię córeczka Solisy – ożywił się starzec.

– To nasza babcia! – wyrwało się Miko.

– Solisa! Więc jesteście wnukami tej czarownicy – roześmiał się nieprzyjemnie. Chłopcy cofnęli się wystraszeni.

– Nie bójcie się – uspokoił ich mężczyzna – Mam prawo tak mówić o waszej babce. Dawno temu byłem wojem w Nokumbrze. Pod wpływem opowieści Solisy wyruszyłem wraz z moim najlepszym przyjacielem Forto, w poszukiwaniu Jasnego Świata. Forto przypłacił to życiem, a ja wylądowałem tutaj – znów roześmiał się nieprzyjemnie. – Solisa była bardzo przekonująca. Widzę, że i wy jej uwierzyliście.

Miko milczał, wyraźnie zbity z tropu. Nito rozglądał się z ciekawością i podejrzliwością. Blady mężczyzna wskazał im miejsce obok siebie. Chłopcy usiedli. Podano im rzadką zupę. Ludzie zgromadzeni przy palenisku przyglądali się im bez większego zainteresowania. Oczy mieli puste. Wyglądali jakby, przestało ich obchodzić cokolwiek.

– Jesteście naszymi gośćmi – zaśmiał się starzec.

– Dziękujemy za gościnę – zaczął Miko. – Odpoczniemy trochę, zrobimy pochodnie i ruszamy dalej. Wokół dało się słyszeć dziwne pomruki i zduszone śmiechy. Chłopcy popatrzyli po sobie niepewnie.

– Nie ma żadnego dalej! – odezwał się ostro starzec. – Wiedzą o tym wszyscy tu zgromadzeni.

– Zawsze jest jakieś dalej – powiedział Nito. Starzec przyjrzał się surowo wątłemu chłopcu.

– Cóż, widocznie każdy świat ma swój kraniec. Kraniec tego świata znajduje się tam – machnął ręką w kierunku nieprzebytej czerni.

– Ściana – odezwał się w pewnym momencie mężczyzna, który przyprowadził dzieci do paleniska. – Nieprzebyta ściana na wprost i nic więcej. Tylko piski, zgrzyty i jęki potworów czających się w ciemności. Ciemności tak wielkiej, że nie jesteście w stanie jej sobie wyobrazić – Miko i Nito milczeli. – Poznałem Eludo! – powiedział z dziwnym ożywieniem. Chłopcy podnieśli z niedowierzaniem głowy. – Jesteście do niego podobni – ciągnął, nie zwracając uwagi na ich miny. – Dotarł tutaj zupełnie sam. Nie chciał mi wierzyć, że dalej nic nie ma. Ruszył, by dotrzeć do końca. Więcej go nie widziałem – Mężczyzna pokiwał głową. Po policzkach Miko pociekły łzy.

– To prawda, chłopcy. Każdego, kto ruszy dalej, czeka jedynie zguba! – Odezwał się znów starzec. Nito poruszył się niespokojnie. Te słowa przypomniały mu rozmowę ze strażnikiem. Mężczyzna opowiadał dalej – Swego czasu doszedłem tam i przeżyłem największą grozę w swoim życiu. Razem z Forto dotarliśmy do ściany. Forto jednak nie mógł uwierzyć, że to już koniec. Zaczął posuwać się wzdłuż powierzchni. Wkrótce straciłem z oczu jego pochodnię. Słyszałem jeszcze, jak mówi, że ściana ma dużo pęknięć i nierówności. Twierdził, że jest lekko wypukła. Nie chciałem, żeby szedł dalej. To nie miało sensu! Nagle coś ogromnego zbiegło po ścianie w dół. Zdążyłem zobaczyć wielkie oko i zęby. Potwór pobiegł w kierunku, z którego dochodził głos mojego przyjaciela. Nagle usłyszałem jego krzyk i tupot łap potwora, który biegł po ścianie w górę. Zamarłem. Nastała cisza. Zacząłem biec. Byle dalej od tej przeklętej ściany! Bałem się, że moja pochodnia zgaśnie podczas ucieczki. Na szczęście nadal się paliła. Dotarłem do tej polany. Tu założyłem obozowisko. Nie chciałem wracać do Nokumbry. Nie chciałem po raz kolejny, tym razem sam, przebywać tej koszmarnej drogi. Z czasem docierali tu inni poszukiwacze Jasnego Świata – Ostatnie słowa starzec niemal wypluł. Zapatrzył się w ogień. Po chwili znów się odezwał. – Niektórzy nie dawali wiary moim słowom i ruszali w dalszą drogę. Część z nich wracała do obozowiska. W ten sposób rozrosło się ono do tych rozmiarów – starzec zatoczył ręką. – Można powiedzieć, że stworzyłem Nową Nokumbrę – zaśmiał się gorzko.

Wokół paleniska zapadła cisza. Płomienie rzucały mdłe błyski, na poszarzałe, zrezygnowane twarze mieszkańców Nowej Nokumbry. Miko pochylił głowę. Jego oczy przygasły. Milczał. Nito również się nie odzywał. Jednak na jego drobnej twarzyczce nie malowało się rozczarowanie. Był skupiony.

– Forto miał brata – odezwał się znów starzec. – Imtoro. Co się z nim teraz dzieje? Dawno nie mieliśmy tu żadnego wędrowca, zatem wieści z Nokumbry do nas nie docierały. Ostatni z przybyłych twierdził, że Imtoro zaopiekowali się kapłani.

– Tak – przytaknął Miko. – Został Wielkim Kapłanem.

– Fiu, fiu – zachichotał starzec.

– Zawsze uważał, że opowieści naszej babci przynoszą więcej szkody niż pożytku – dodał smutno chłopiec.

– No proszę, co za rozsądny człowiek!

Rozmowy przy ognisku najwyraźniej dobiegły końca. Ludzie siedzieli w milczeniu. Każdy pogrążony we własnych myślach. W końcu mieszkańcy Nowej Nokumbry zaczęli rozchodzić się do swoich domów. Blady mężczyzna zaprowadził chłopców do siebie. Oboje położyli się, ale nie mogli zasnąć. Miko leżał z otwartymi oczami i powstrzymywał z trudem łzy. Wkrótce usłyszeli urywany oddech swojego gospodarza. Wówczas Nito zerwał się z posłania.

– Wstawaj, musimy iść dalej – powiedział.

– Nie słyszałeś? Dalej nic nie ma!

– Ciii – syknął Nito. – Nie jestem tego taki pewien – powiedział spokojnie. – Uwierzyłeś im?

– Tak – stwierdził niepewnie Miko.

– Nie pokazałeś im jednak płomiennych włosów! Nie powiedziałeś o dziwnych rzeczach spadających wraz z lignami.

– Nie wydaje mi się, żeby to…

– No właśnie – stwierdził Nito. – Musimy iść dalej! Babcia tego chciała.

– A ściana?

– Trzeba ją jakoś pokonać.

– A jeżeli to nie jest możliwe? Jeżeli nie ma żadnego dalej?

– Zawsze jest jakieś dalej! Trzeba tylko odnaleźć właściwy kierunek – wzruszył ramionami Nito.

Miko przełknął łzy i wstał. Poczuł, że niczego nie pragnie bardziej niż opuścić to, pozbawione nadziei, miejsce. Popatrzył z wdzięcznością na brata. Miko i Nito odpalili pochodnie od domowego paleniska, po czym cicho wyszli z domu bladego mężczyzny. Wkrótce opuścili osadę. Tym razem nikt ich nie zaczepiał. Może dlatego, że tutaj nic już nikogo nie obchodziło. Zastanawiał się, czy ktokolwiek zauważy ich odejście.

Im byli dalej od Nowej Nokumbry, tym Miko czuł się lepiej. Odzyskał równowagę. Od czasu do czasu spoglądał na ledwo widocznego w blasku pochodni, Nito. Na jego twarzy malowało się zdecydowanie. Mrok był tak gęsty, że światło pochodni jedynie nieznacznie go rozpraszało. Znów musieli rozpalać prowizoryczne paleniska i sporządzać pochodnie. Wciąż też kroczyli naprzód. Czasami słyszeli niepokojące chroboty i piski. Nie zatrzymywali się jednak. Miko nie wiedział, jak długo szli. Miał właśnie zaproponować odpoczynek, kiedy usłyszał przed sobą krzyk Nito. Po chwili sam odbił się od twardej powierzchni.

– No i dotarliśmy – oświadczył załamującym się głosem. – Co teraz? – Nito nie odpowiadał. Posuwał się wzdłuż twardej powierzchni. Miko ruszył za nim. Nie zamierzał stracić go z oczu.

– Forto miał rację! Powierzchnia jest chropowata. Ma dużo zagłębień.

– Tak, skręca też lekko, ale co z tego…

– Tu jest krawędź – krzyknął Nito.

Miko popatrzył. Przed nimi otwierała się wielka, ciemna przestrzeń. Nito wszedł ostrożnie w czarną otchłań. Miko podążył za nim. Naraz coś zaszeleściło i wypadło z wnętrza. Miko nie zdążył odskoczyć. Potwór przewrócił go. Pochodnia wypadła mu z ręki i zgasła z cichym sykiem pośród wilgotnych luspidów. Zdążył dostrzec jedynie coś wielkiego podążającego w kierunku jego brata. Naraz usłyszał zduszony jęk i druga pochodnia zgasła.

– Nito! – krzyknął Miko.

– Nic mi nie jest – odparł chłopiec. – Gdzie jesteś?

– Idź w kierunku mojego głosu! – krzyknął Miko. Po chwili poczuł dłoń brata w swojej dłoni i odetchnął z ulgą. Stali chwilę w ciszy pogrążeni w kompletnych ciemnościach.

– Widziałem potwora! – powiedział podekscytowany Nito – Miał barwę! Ognistą! Taką jak kłębek w twojej torbie. Pobiegł w górę po ścianie.

– Może wrócić! – stwierdził z grozą Miko.

– Tak – odparł beznamiętnie młodszy chłopiec.

– Co teraz? – spytał Miko, ściskając mocno dłoń brata.

– Musimy iść dalej.

– Nito! – krzyknął z rozpaczą Miko – To koniec! Nie ma żadnego dalej.

– Ależ jest – odparł spokojnie chłopiec. – Droga nie prowadzi przed siebie tylko w górę. Potwory biegną w górę. Mają barwę. Należą do Jasnego Świata. Ligna i luspida spadają z góry. Coś musi być na górze! – Miko długo milczał. Wreszcie zapytał cicho.

– Jak chcesz dostać się na górę?

– Musimy poczekać, aż wróci potwór i chwycić go. Zabierze nas na górę!

– Aha. Nito?

– Tak?

– To potwór!

– Nie mamy innego wyjścia. Droga prowadzi w górę i potwory biegną w górę. Inaczej się tam nie dostaniemy. Musimy złapać się jego włosów. Są miękkie i mocne. Wczepimy się w nie.

– No pewnie! Dobrze – odrzekł po chwili Miko. – Świetny plan!

– Prawie tak dobry, jak ten twój, według którego opuszczamy Nokumbrę i ruszamy w ciemności nie wiadomo dokąd! – parsknął chłopiec. Miko roześmiał się.

– Zatem czekamy! – stwierdził.

Przez jakiś czas chłopcy stali w ciszy. Naraz usłyszeli szelest i szybkie, dudniące kroki. Zachrobotało w pobliżu. Poczuli, jak luspida poruszają się pod nimi. Naraz omiotło ich coś miękkiego.

– Teraz! – krzyknął Nito.

Obaj chłopcy chwycili mocno włosy potwora. Ten zakołysał się i zaczął pędzić w zawrotnym tempie w górę. Miko i Nito trzymali się mocno, krzycząc i zaciskając powieki. Naraz pęd ustał. Niko otworzył oczy i natychmiast je zamknął, oślepiony jasnością. Po chwili znów spróbował spojrzeć. Rozpościerający się wokół niego świat był eksplozją światła i barwy. Wszystko mieniło się i poruszało. Miko poczuł, że boli go głowa. Odwrócił się tam, gdzie powinien znajdować się jego brat. Nito zamarł z otwartymi ustami. Obaj wciąż kurczowo trzymali się włosów potwora. Miko zaczął opuszczać się ostrożnie. Jego stopy znalazły oparcie. Stanął pewnie. Powoli podszedł do Nito. Pomógł mu zejść z potwora, który rzeczywiście miał kolor ognia. Był bardzo widoczny, nawet w tym tętniącym barwami Jasnym Świecie. Nieco urażony spoglądał na chłopców z góry. Teraz nie wydawał się groźny. Był piękny. Naraz skoczył i pomknął jeszcze wyżej. Chłopcy zadarli głowy, ale wkrótce potwór zniknął im z oczu.

Kiedy znów rozejrzeli się dokoła, ze zdumieniem spostrzegli, że nie są sami. Otaczali ich ludzie. Byli wśród nich mężczyźni, kobiety, a nawet dzieci. Wszyscy mieli na sobie barwne ubrania i uśmiechali się przyjaźnie. Bracia wzięli się za ręce. Naraz otaczający rozstąpili się i naprzeciw chłopcom wyszedł starszy mężczyzna. Miał krótką, siwą bródkę i ciemne oczy, w których igrały ogniki humoru. Miko pomyślał, że jest w nim coś znajomego. Po chwili uświadomił sobie, że przypomina kapłana Imtoro.

– Witajcie – odezwał się wesoło przybyły. – Jestem Forto! Cieszę się, że dotarliście tu szczęśliwie. Jak się nazywacie?

– Miko i Nito proszę pana – powiedział cicho Miko.

– Ależ mówcie mi Forto! Miko i Nito, tak. Znam te imiona – chłopcy ze zdziwieniem spojrzeli po sobie.

– Jesteście dziećmi Raji i Eludo – ucieszył się wyraźnie.

– Tak – przyznał Miko.

– Znałem waszą babkę Solisę! Czy ona… – chłopcy jednocześnie pokręcili głowami. – No tak – zasępił się Forto. – Muszę przyznać, że jesteście bardzo młodzi, jak na taką długą wyprawę.

– Nie mieliśmy innego wyjścia – odpowiedział Miko.

– Rozumiem – Forto poważnie skinął głową. – Dobrze, że udało wam się właściwie odczytać wiadomości. Chociaż wciąż je wysyłamy, niewielu z Nokumbry tu przybywa.

– Wiadomości? Przedmioty umocowane pomiędzy płytami lign?

– Tak. Nie ma innego sposobu. Droga w dół jest praktycznie niemożliwa. Ci, którzy dotarli do Górnej Nokumbry, mogą liczyć jedynie na przesłanie wiadomości swoim bliskim.

– Dlaczego ligna? – oburzył się naraz Miko – Są niebezpieczne!

– Ich upadek na dół nie zależy od nas – wzruszył ramionami Forto. Nie potrafimy powstrzymać tego procesu, a skoro muszą spaść, uznaliśmy, że mogą nieść ze sobą wiadomości. Nie rozumiem tylko, dlaczego tak mało osób tu przybywa, skoro praktycznie każde ligno zawiera jakąś rzecz pochodzącą z tego świata.

– Kapłani – odpowiedział oszołomiony Miko. – Kapłani ukrywają wiadomości. – Forto uniósł powoli brwi.

– Kto jest aż tak…

– Pański brat. Imtoro – przerwał chłopiec, patrząc mężczyźnie prosto w oczy. – Został Wielkim Kapłanem – starzec otworzył usta, żeby coś powiedzieć, po czym je zamknął. Pochylił głowę. – On myśli, że pan zginął, szukając Jasnego Świata i pragnie uchronić innych przed takim losem – dokończył Miko.

– No tak, a ja cały czas liczyłem, że zrozumie i odnajdzie do mnie drogę – powiedział przyciszonym głosem Forto. – Uznałem, że rzeczy pochodzące z tego świata będą najlepszym dowodem na jego istnienie – umilkł, po czym przemówił ponownie już znacznie weselszym głosem. – Dość smutków! Wasza podróż powoli dobiega kresu.

– Dobiega? To jeszcze nie koniec? – markotnie zapytał Nito.

– Nie martwcie się – roześmiał się Forto. – Droga, którą macie przed sobą jest znacznie krótsza, od tej którą już przebyliście.

Wkoło rozległy się śmiechy. Mieszkańcy Górnej Nokumbry podchodzili do dzieci. Ściskali im kolejno dłonie. Poklepywali po chudych ramionach, po czym znikali w zakamarkach barwnego świata. Kobiety przytulały chłopców. Jakaś jasnowłosa dziewczynka dała buziaka Nito, przez co ten natychmiast przestał być blady. Oszołomieni chłopcy, widząc, że Forto ruszył przed siebie, podążyli za nim.

– Pospieszcie się! – krzyknął wesoło ich przewodnik, ruszając z werwą nietypową dla swojego wieku. – Czeka was niespodzianka!

Chłopcy szli po czymś twardym, a przed sobą mieli mnóstwo wolnej przestrzeni. Rozglądali się ciekawie. W pewnym momencie Nito potknął się i o mało nie runął w dół. Forto chwycił go błyskawicznie i wciągnął z powrotem na podłoże, po którym się poruszali. Od tego momentu byli ostrożniejsi. Widzieli wokół siebie mnóstwo luspidów. Otaczały ich. Nie były jednak suche i szare jak te tworzące podłoże Nokumbry. Były barwne. Wokół widzieli również ligna. Miały zaciśnięte płyty, a na niektórych zastygły krople gęstej, przezroczystej substancji. One również wydawały się żywe.

– Dlaczego tak wyglądają? – spytał Miko, kiedy mijali kolejne ligna.

– Są młode – odparł krótko mężczyzna.

– Jak to młode? Mówisz tak, jakby były żywe.

– W pewnym sensie są – roześmiał się Forto. – Większość tego, co trafia do Dolnej Nokumbry, jest już martwe. – Miko zamilkł. Od dawna to podejrzewał. Po chwili znów spytał.

– A te rzeczy, które wkładaliście pomiędzy płyty lign, też były żywe?

– O tak – roześmiał się Forto i wskazał palcem w górę. Naraz chłopcy zobaczyli latającego potwora. Potwora z opowieści! Nito błyskawicznie schował się za plecami Forto.

– Nie bój się! One tu żyją. Są niezwykłe. Przedmioty, które wam posyłaliśmy w lignach, pokrywają ich ciała i sprawiają, że mogą latać. Trzeba na nie uważać. Niektóre na nas polują!

– Co? – Nito otworzył szeroko oczy. – Przed chwilą powiedziałeś, że mam się nie bać – stwierdził z urazą. Forto roześmiał się, gładząc główkę Nito.

– Spryciarz i mądrala co? – zapytał Forto.

 – I to jeszcze jaki! – potwierdził Miko z przekonaniem. Nito znów się zaczerwienił.

– Chłopcy – powiedział poważnie Forto. – Tu również będzie na was czyhać mnóstwo niebezpieczeństw. Skoro jednak sami dotarliście, aż do tego miejsca niczego nie musicie się obwiać.

Chłopcy uśmiechnęli się lekko. Próbowali nadążyć za szybkim krokiem swego przewodnika. Nagle Forto zatrzymał się tak niespodziewanie, że Miko wpadł na jego plecy. Stanęli przed szerokim otworem w chropowatej powierzchni. Był częściowo osłonięty matą wyplecioną z luspidów.

– To tutaj – rzekł wesoło Forto. Chłopcy spojrzeli na niego pytająco. – Tutaj mieszka Eludo. Cały czas na was czeka – powiedział i ruszył przed siebie.

W okamgnieniu zniknął za żywym lignem. Wokół rozpościerał się migotliwy, tętniący kolorami świat. Chłopcy objęli się. Popatrzyli na siebie, po czym zapukali w matę. Po chwili usłyszeli kroki, zwiastujące kres ich wędrówki.

No Comments

Post A Comment