Baśnie wRóże | Jesień Czerwonego Kapturka
Baśnie wRóże. Prowadzę warsztaty bibio- i bajko- terapeutyczne, w których chcę pobudzać do twórczego myślenia oraz rozwijać umiejętności fantazjowania. Fantazjowanie pozwala nam bowiem dostrzegać pozytywne strony życia, cieszyć się małymi rzeczami i dostrzegać piękno tam, gdzie inni go nie widzą.
storytelling, bajki, baśnie, Poznań, Wielkopolska, opowiadanie, dziecięce fantazje
1816
post-template-default,single,single-post,postid-1816,single-format-standard,ajax_fade,page_not_loaded,,qode_grid_1300,qode-content-sidebar-responsive,qode-theme-ver-10.0,wpb-js-composer js-comp-ver-4.12,vc_responsive

Jesień Czerwonego Kapturka

Jesień Czerwonego Kapturka

Nie należę do rannych ptaszków, więc zerwanie się z łóżka o godzinie 5:00 w sobotę było dla mnie nie lada wyczynem. Jednak o szóstej zaspana i nieprzytomna stałam na Placu Kolegiackim, otulając się miękkim żakietem. Alicja spóźniała się.

W momencie, gdy zaczęłam metodycznie naciągać kołnierz na głowę, czarna toyota wtargnęła na plac. Alicja, z typową dla siebie fantazją, zaparkowała tuż przy moich stopach. Wsiadłam, wrzucając plecak na tylne siedzenie. Moja przyjaciółka miała na kolanach rozłożoną mapę województwa dolnośląskiego. Celem była Oleśnica Mała. Ala zamierzała odszukać zespół kapliczek i udokumentować ich istnienie, zanim zostaną zniszczone, wskutek prac związanych z budową drogi ekspresowej. Nie miała zbyt wielu wskazówek, ale była zdeterminowana. Zapiski dotyczące lokalizacji kapliczek były skąpe. Zmierzałyśmy więc przed siebie, szukając elementów małej architektury, o których można było powiedzieć, że znajdują się w promieniu około 3 kilometrów od Oleśnicy Małej. Prawdopodobnie są otoczone małym zagajnikiem lub zadrzewieniem innego typu. Zastanawiałam się czy, któryś z mieszkańców Oleśnicy Małej będzie znał miejsce położenia fragmentu planowanej, ale nigdy nie ukończonej kalwarii.

Zgodziłam się zostać pilotem, chociaż nie nadaję się do tej roli. Nie czytam map i nie rozróżniam prawej strony od lewej. Mogę służyć jedynie pogodą ducha i poczuciem humoru, które niestety nie ujawniają się o zbyt o wczesnych porach. Spojrzałam na mapę z zadumą. Alicja stuknęła w nią palcem i pokazała miejsce, w którym budują drogę. Ziewnęłam. Rozłożyłam się wygodnie i wyjęłam kosmetyki. Przyjaciółka spojrzała na mnie z politowaniem.

– Jeże będą zachwycone – zażartowała.

Uśmiechnęłam się. Alicja rzadko się maluje, ale ja zawsze byłam niewolnicą rytuałów. Jechałyśmy w milczeniu. Przez okno patrzyłam na jesienny krajobraz. Chociaż był już koniec października, pogoda dopisywała. Dzisiejszy dzień również zapowiadał się ciepły i słoneczny. Poranne promienie migotały w żółtobrązowych koronach drzew. Mrużyłam oczy. Z głośnika płynęła muzyka. Nie wiadomo który już raz wsłuchiwałam się w tekst Sprzedawcy marzeń Myslowitz. Był to ukłon Alicji w moją stronę. Powoli rozbudzałam się. Przy pierwszej stacji benzynowej zatrzymałyśmy się na kawę. Stałyśmy obok samochodu, ogrzewając dłonie o styropianowe kubki. Wypiłyśmy poranny napój, w tym przypadku wątpliwej jakości. Nieco pokrzepione ruszyłyśmy dalej.

Mijałyśmy duże wsie i niepozorne wioseczki, przycupnięte w krajobrazie niczym małe grzybki, zagrzebane w leśnym runie. W niektórych zatrzymywałyśmy się. Alicja robiła zdjęcia co ciekawszym układom ulic, kościołom, budynkom oraz rozmaitym, zarośniętym ruderom. Kiedy moja przyjaciółka biegała z aparatem, rozglądałam się i rozprostowywałam kości. Chociaż niegdyś skończyłyśmy ten sam kierunek studiów, nie interesowały mnie ulicówki ani otwarcia krajobrazowe. Patrzyłam w słońce przez palce, aż przed oczami pojawiały się kolorowe plamki. Najbardziej w pamięci utkwiły mi mury, które były zapewne częścią dużego dworku. Teraz stały smutne i opuszczone, a jedynym radosnym akcentem zdawały się być złociste gałęzie klonu, wychylające się zawadiacko przez okno pozostałości ściany. Zatrzymywałyśmy się również przy niektórych cmentarzach. W czasie, gdy Alicja fotografowała kaplice oraz detale na starszych nagrobkach, przyglądałam się omszałym kamiennym krzyżom i próbowałam odczytywać daty.

W końcu dotarłyśmy do celu naszej niespiesznej wędrówki – Oleśnicy Małej. Rozejrzałyśmy się dookoła. Październikowe słońce wyzłacało ulice. Korony drzew pyszniły się jesiennymi barwami. Okolica wyglądała bajkowo. Alicja zaproponowała żebyśmy rozejrzały się, a jeśli będzie okazja zapytamy o poszukiwane przez nas kapliczki. Obeszłyśmy dookoła barokowy pałac. W 1814 roku jego właścicielem został feldmarszałek hrabia Hans Ludwig David Yorck von Wartenburg. To właśnie on zaplanował park krajobrazowy swobodnie łączący się z pobliskim lasem. Wędrowałyśmy zaniedbanymi ścieżkami, tracąc poczucie czasu i kierunków. Bywało, że ktoś dziarsko kroczył alejką lub skracał sobie drogę przez zarośla. Niestety żadna ze spotkanych osób nie wiedziała gdzie znajdują się kapliczki. Ludzie uśmiechali się do nas uprzejmie, kręcili głowami i wracali do swoich spraw. Spacerując pomiędzy wiekowymi dębami i grabami dotarłyśmy do mauzoleum rodziny von Wartenburgów, położonego na końcu wąskiej alei. Nad portalem wejściowym widniał herb. Pod nim umieszczono wstęgę z napisem: Nec cupias, nec metuas.

– Nie pożądaj, nie lękaj się – przetłumaczyła Alicja.

Przyjrzałam się lwu i jednorożcowi podtrzymującym tarczę herbu. Obeszłyśmy mauzoleum, zaglądając do małych zakratowanych okien położonych przy fundamentach ośmiobocznego mauzoleum. Po dłuższej chwili wróciłyśmy do świata żywych, by zająć tym co stanowiło cel naszej podróży. Ruszyłyśmy na plebanię. Niestety nie zastałyśmy księdza, a jego gosposia nie potrafiła niczego powiedzieć na temat kapliczek. Zaproponowałam, by zajrzeć do miejscowego sklepu. Z doświadczenia wiem, że właściciel takiego przybytku zazwyczaj jest najbardziej zorientowaną osobą w okolicy. Tym razem myliłam się. Wyszłyśmy ze sklepiku i znów zaczęłyśmy pytać o fragment kalwarii nieliczne, przypadkowo spotykane osoby. Mieszkańcy Oleśnicy Małej zdawali się być zaskoczeni istnieniem kapliczek w okolicy ich miejscowości. W moim umyśle wybrzmiewały słowa: Powiedzieć coś bym chciał, Mam pustkę w głowie. Zgubiłem znowu się. I nie chce mi się nic, Jestem już zmęczony. To nie był dobry dzień. Wyczerpane i zrezygnowane dotarłyśmy ponownie pod pałac.

– Niedługo to przestanie mieć jakikolwiek sens – westchnęła Alicja – Kiedy słońce zajdzie nie zrobię już porządnych zdjęć.

– Wiesz co, może sprawdźmy czy proboszcz wrócił? – zaproponowałam.

– Niech będzie. Najlepiej by było, popytać wśród starszych osób.

– Pytałyśmy – uśmiechnęłam się na myśl o panach siedzących na ławce pod sklepem.

– No wiesz… takich, którzy coś pamiętają.

– Aha…

– No i… obchodzi ich cokolwiek – Roześmiałyśmy się.

Zmęczenie sprawiło, że przestałyśmy nad sobą panować. W tym momencie usłyszałam szelest liści. Odwróciłam się. Ścieżką szła drobna staruszka w jaskrawoczerwonym płaszczu. Płomienna figurka na tle alei zasłanej złotymi liśćmi.

– Alicja! Popatrz! – krzyknęłam. Ala ruszyła z miejsca.

– Proszę Pani! – zawołała.

Dołączyłam do niej i wkrótce dobiegłyśmy do staruszki, która w ręku trzymała… wiklinowy kosz. Dziewczynko, co niesiesz w koszyczku? – pomyślałam. Brakowało jedynie wilka. Kobieta nie wyglądała na przyszłą ofiarę. Było w jej postawie coś zdecydowanego. W czerwonym płaszczu narzuconym na jasny sweter, wyglądała wręcz wojowniczo. Jej srebrne włosy obcięte na pazia, zatańczyły wokół twarzy, gdy odwracała się w naszym kierunku.

– Przepraszamy – wysapała Alicja – Dzień dobry.

– Dzień dobry – zawtórowałam.

– Dzień dobry – odpowiedziała staruszka pogodnie, a wówczas zmarszczki pod jej oczami zbiegły się w milion małych uśmiechów. Miała ciepły głos.

– Szukamy już od dłuższego czasu fragmentu kalwarii oleśnickiej, takiego zespołu kapliczek… hmm… Czy może Pani wie, gdzie się znajdują? – zapytała nieskładnie moja przyjaciółka.

– Tak – odpowiedziała kobieta lakonicznie.

Zapadła dłuższa chwila ciszy. Żadna z nas nie spodziewała się tej właśnie odpowiedzi. Staruszka stała, uśmiechając się wyczekująco.

– Eeeee – rozpoczęła Ala – A czy mogłaby Pani wskazać nam drogę?

– Oczywiście. Pokażę wam drogę! – Odpowiedziała dziarsko kobieta, po czym podreptała ścieżką.

Zaskoczone spojrzałyśmy po sobie. Porozumiałyśmy się wzrokiem i ruszyłyśmy grzecznie za naszą przewodniczką. Chociaż staruszka nie zapytała, z jakiego powodu szukamy kapliczek, Alicja zaczęła tłumaczyć swoje intencje. Kobieta uśmiechała się, potakiwała i nie przerywała marszu. W końcu odezwała się.

– Kiedy byłam małą dziewczynką lubiłam przychodzić pod pałac i patrzeć jak pan wyjeżdża na konną przejażdżkę.

Popatrzyłam na jej pogodną, pomarszczoną twarz. Ostatni właściciel pałacu Peter Yorck von Wartenburg został stracony w 1944 roku, za udział w zamachu na życie Hitlera. Zastanawiałam się, czy to możliwe, by go pamiętała. Wątpiłam w to. Chociaż… Wreszcie stanęłyśmy przy autostradzie, a staruszka wskazała ręką przed siebie.

– Musicie iść wzdłuż drogi. To dość daleko. Ze trzy kilometry. Najlepiej trzymać się pobocza.

– Skąd będziemy wiedzieć, że dotarłyśmy? – zapytała Ala przytomnie.

– Po prawej stronie zobaczycie sporą kępę drzew. Tam znajdują się kapliczki. Nie sposób przeoczyć.

– Dziękujemy! – zgodnie odpowiedziałyśmy.

Popatrzyłyśmy przed siebie na rozległą przestrzeń suchej trawy odciętej z prawej strony szarością betonu. Zastanawiałam się czy zdążymy dotrzeć do celu naszej podróży zanim słońce będzie zbyt nisko, by zrobić dobre zdjęcia.

– Jeszcze raz bardzo dziękujemy – powiedziała Alicja odwracając głowę. – Gdzie ona się podziała? – spytała zaskoczona. Rozejrzałyśmy się. Po naszej przewodniczce nie było śladu.

– Spieszyła się? – zauważyłam z powątpiewaniem.

– I co tak wyparowała?

– Chodzi dość szybko, pewnie zniknęła za drzewami.

– W tym czerwonym płaszczu? – drążyła Alicja, której ścisły umysł przeszkadzał w akceptacji zdarzeń, bez dociekania ich przyczyn.

– Uhm… Chodźmy Ala, bo nie zrobimy tych zdjęć! Kawał drogi przed nami.

– Racja! – przyznała w końcu.

Szłyśmy wzdłuż drogi, po pożółkłej trawie ponad dwa kilometry w kierunku kępy drzew. Kiedy zagłębiłyśmy się w wyższą partię trawy, uznałam że nie ma sensu obierać się z owoców przytuli. Ze smutkiem spoglądałam na spodnie upstrzone małymi, zielonymi kuleczkami. W końcu przedarłyśmy się przez zarośla, nieopodal których piętrzyły się plastikowe odpadki oraz stare meble. Dość nieoczekiwanie znalazłyśmy się na polanie osłoniętej drzewami. Naszym oczom ukazało się półkole, złożone z czternastu murowanych kapliczek. Obecnie były już praktycznie pozbawione tynku i oplecione przez roślinność. Część z nich przechylała się, podważona korzeniami drzew. Wnęki w głowicach świeciły pustkami. Alicja oglądała budowle i pieczołowicie dokumentowała detale.

Nie przeszkadzałam jej. Obchodziłam obeliski i dotykałam omszałych cegieł. Miejsce to budziło we mnie smutek. Historia powstania kapliczek oleśnickich związana jest z pewnym podaniem o cudownym obrazie. Kapliczki były zaplanowane jako część kalwarii, której budowy nigdy nie dokończono. Przetrwały I i II wojnę światową. Jednak w latach 60-tych dwudziestego wieku z kapliczek skradziono obrazy. Również ten, któremu przypisywano cudowną moc. Wkrótce pozbawione opieki budowle zaczęły niszczeć, zarastane powoli przez rośliny. Coraz mniej ludzi pamiętało, że w ogóle tam są, a pobliski teren przekształcił się w dzikie wysypisko śmieci.

Z zadumy wyrwał mnie niepokojący szelest. Naraz coś wyskoczyło z zarośli. Drgnęłam gwałtownie i krzyknęłam. Nieco już wyrośnięty szczeniak Siberian Husky spojrzał na mnie z urazą. Odruchowo zaczęłam drapać go za uchem. Zawsze lubiłam psy i nigdy nie bałam się ich. Alicja odwróciła głowę w moim kierunku i zastygła, przypatrując się szczeniakowi.

– Wolf! – usłyszałyśmy piskliwy, kobiecy głos. – Wolf!  Gdzie polazłeś? – Szczeniak podniósł głowę, odwrócił się i w jednej chwili zniknął pomiędzy liśćmi.

– Wolf – mruknęłam.

– No to mamy też i wilka – zaśmiała się nieco nerwowo Alicja. Spojrzała w górę. – Po zawodach – stwierdziła i schowała aparat.

Usiadłyśmy na omszałym pniaku. Polanę spowijał mrok. Patrzyłyśmy w zadumie na wpół zrujnowane budowle, które w otaczającej je szarości wyglądały niczym pradawne obeliski. Panowała cisza. Odgłosy ulicy praktycznie nie docierały do tego odosobnionego miejsca.

– Czas wracać – stwierdziła w końcu Ala, podnosząc się ciężko z pieńka.

– Masz rację – przytaknęłam. Dopiero teraz poczułam prawdziwe zmęczenie.

Ostatni raz obeszłyśmy, pogrążony w cieniu fragment kalwarii i wyszłyśmy na pobocze. Znajdujące się dość nisko słońce rozpłomieniło suche trawy. Cienkie, połyskujące nitki babiego lata unosiły się w powietrzu. Szłyśmy pogrążone we własnych myślach. Przed nami rozpościerał się krajobraz z baśniowej ilustracji. Malownicza wioska przycupnięta wśród pól. Do samochodu dotarłyśmy jeszcze przed zachodem słońca. W drodze powrotnej niewiele ze sobą rozmawiałyśmy. Siedziałam z brodą wspartą na dłoni i patrzyłam przez okno. Ostatnie promienie słońca przesączały się przez korony drzew, sprawiając że krajobrazy szybko sunące za oknem stały się ciągiem migotliwych punkcików.

Ilustracja: Michael Cheval, Red Riding Hood, olej na płótnie, fragment

No Comments

Post A Comment