Baśnie wRóże | VI Czyściec – Miłka
Baśnie wRóże. Prowadzę warsztaty bibio- i bajko- terapeutyczne, w których chcę pobudzać do twórczego myślenia oraz rozwijać umiejętności fantazjowania. Fantazjowanie pozwala nam bowiem dostrzegać pozytywne strony życia, cieszyć się małymi rzeczami i dostrzegać piękno tam, gdzie inni go nie widzą.
storytelling, bajki, baśnie, Poznań, Wielkopolska, opowiadanie, dziecięce fantazje
2039
post-template-default,single,single-post,postid-2039,single-format-standard,ajax_fade,page_not_loaded,,qode_grid_1300,qode-content-sidebar-responsive,qode-theme-ver-10.0,wpb-js-composer js-comp-ver-4.12,vc_responsive

VI Czyściec – Miłka

VI Czyściec – Miłka

CIĄG DALSZY NASTĘPUJE 🙂

Anna kiwnęła mu z roztargnieniem, nie odrywając wzroku od Miłki. Kobieta pozostawała w absolutnym bezruchu.

Słońce paliło niemiłosiernie. Przed nią rozpościerały się wydmy. Powietrze falowało od żaru. Miłka osłaniała oczy i szła przed siebie. Stopy obute w niebieskie sandały grzęzły w piasku. Nie była sama. Na pewno nie była sama. Ktoś szedł obok niej. Milczał. Bez słowa przemierzali wydmy. Na samej granicy słyszalności rozbrzmiewały głosy. Nie zwraca na nie uwagi.

– Miłka!

– Miłka, halo! – wołały na przemian Anna i Beata.

– Wygłupia się – Stwierdziła Aldona bez zbytniego zainteresowania.

– Nie wygląda mi to na wygłupy – oświadczyła Maria.

– Nawet nie mruga – powiedziała Anna ze zdumieniem.

– I co teraz? – spytała bezradnie Beata.

Miłka zmrużyła oczy. Na szczęście nie była sama. Inaczej mama by się martwiła. Mamę Miłki wciąż dręczyły rozmaite obawy. Przejmowała się katarami, kartkówkami, koleżeńskimi sprzeczkami. Drżała, gdy Miłka wyjeżdżała na wycieczki szkolne. Łykała tabletki, przed każdym egzaminem córki. Miłka wiedziała, że bardzo się o nią troszczyła. Mama po prostu bała się, że jej delikatna i wrażliwa córeczka mogłaby sobie nie poradzić z tymi, czy innymi problemami. Nie to, co Przemek. Przemek, jej starszy brat umiał się odnaleźć w każdej sytuacji. Nie poszedł na studia, chociaż marzeniem rodziców było, żeby został lekarzem. On nigdy nie miał na to ochoty. Zawsze robił tylko to, co chciał. Miłka pamiętała, jak kiedyś bez zgody mamy pojechał na Woodstock. Była straszna awantura, a on nic sobie z tego nie robił. Po maturze znalazł jakąś pracę na wakacje i za zarobione pieniądze wyjechał z dziewczyną na dwa tygodnie do Czech. Tym razem nie pytał o pozwolenie.

Miłka tylko raz wyjechała za granicę ze znajomymi. Dalekie podróże zawsze rozstrajały mamę nerwowo. W końcu została jej tylko Miłka. Przemek szybko wyprowadził się z domu, a tatę interesowały jedynie owady. Był nauczycielem akademickim, a pasję zawodową przeniósł na grunt rodzinny. Po przejściu na emeryturę całymi dniami zamykał się z książkami w pokoju i studiował co ciekawsze aspekty fizjologii błonkówek. Przez większość czasu wydawał się kompletnie nieobecny. Nic dziwnego, że mama była osamotniona. Na pewno nie puściłaby jej samej na tę wyprawę. No, ale przecież nie jest sama.

Miłka rozejrzała się wokół. Krajobraz falował. Jasnobłękitne niebo zlewało się z białym roziskrzonym podłożem. Tyle drogi przed nimi. Piasek miarowo przesypywał się pod stopami. Jej towarzysz wciąż milczał, ale czuła jego obecność. Wiedziała, że jest mu tak samo ciężko, jak jej. A może mama miała rację? Może sobie nie poradzą? Naraz do jej uszu dotarł dźwięk. Coś na kształt szeptu, dochodzącego zza grubej kotary.

– A jeśli sobie z tym nie poradzimy? – spytała Anna z nutą histerii w głosie.

– Może trzeba wezwać pogotowie? – zastanawiała się Beata. Maria położyła rękę na ramieniu Miłki. Ta nie drgnęła.

– Co ona sobie wyobraża? – prychnęła Aldona.

Miłka stanęła. Na horyzoncie zamajaczyły palmy i szare, przycupnięte w pisaku budynki. Spojrzała na towarzysza wędrówki. Słońce oślepiało ją tak, że nie widziała dokładnie jego twarzy. Wskazała na rozedrgane miasto w oddali. Mężczyzna skinął głową. Ruszyli zgodnie. Miłka poczuła coś w palcach. Popatrzyła na swoją dłoń. Trzymała w niej srebrne lusterko. Nie pamiętała, skąd się wzięło. Skupiła się z wyraźnym trudem. Mama podarowała jej ten kosztowny drobiazg, na któreś urodziny.

Lustra były ważne. Lustra nie kłamały. Ulubioną baśnią z dzieciństwa Miłki była Królewna Śnieżka. Pamiętała, jak mama siadała z nią przy toaletce i czesała jej włosy. Zazwyczaj potem przytulała swoją córeczkę i mówiła „Lustereczko powiedz przecie, kto jest najpiękniejszy w świecie?”. Zawsze po tym pytaniu całowała ją w policzek i mówiła – „Ty”. Mama często jej czytała. Dopiero po latach Miłka dowiedziała się, że łagodziła niektóre fragmenty, lub zmieniała zakończenia bajek. Nie chciała, żeby miała złe sny. Nawet Królewna Śnieżka brzmiała inaczej w ustach mamy. Miłka żałowała, że nie można na zawsze zostać dzieckiem. Pragnęła, żeby czas stanął w miejscu, zatrzymując jakąś piękną chwilę. Niczym żywica, która wiąże błyszcząca muchę, by utrwalić ją w bursztynie. Miłka miała taki bursztyn. Często oglądała pod słońce zastygłego w bezruchu owada. Na zawsze pięknego. Niestety dla niej czas się nie zatrzymał i ona sama przestała być dzieckiem, a przynajmniej przestała być nim na zewnątrz.

Rodzice nigdy nie rozmawiali z nią o dojrzewaniu. Nie mówili, że jej ciało zacznie się przeobrażać, nabierać innych, niepokojących kształtów. Miłka miała wrażenie, że przekształcała się w odrażającego potwora. Nie znosiła swojego wyglądu. Wciąż bała się, że przyciąga wzrok otoczenia. Najgorszy były grudy i wypryski na skórze. Mama kupowała rozmaite maści oraz kremy, ale żadne nie pomagały. Raz nawet Miłka nie poszła na matematykę. Przez godzinę płakała w łazience. Koleżanki powiedziały o tym wychowawczyni. Ta domyśliła się, o co chodzi. Porozmawiała z Miłką o zmianach w ciele. Była miła i wyrozumiała. Pożyczyła jej nawet książkę o dorastaniu. Miłka jej nie przeczytała. Mamie nie spodobały się ilustracje. Uznała, że są brzydkie i wulgarne. Osobiście oddała książkę nauczycielce, która więcej nie rozmawiała z Miłką na „trudne tematy”

Z czasem pryszcze, atakujące nieustannie twarz Miłki pojawiały się coraz rzadziej. Wreszcie zniknęły bezpowrotnie. Jednak jej skóra nie była już tak gładka, jak kiedyś. Stała się wyraźnie chropowata. W dodatku jej stan się nie poprawiał. Było coraz gorzej. Na jej ciele pojawiły się strupy i plamy. Zaczęła pilnować, by nikt nie dostrzegł nawet fragmentu jej nieosłoniętego ciała. Stroniła od koleżanek. Jak ognia unikała chłopców. Nie było w tym nic złego. Mama zawsze powtarzała, że ma na nich jeszcze czas, że kiedyś zjawi się ten właściwy. Jak w bajce o Królewnie Śnieżce. Miłka obawiała się jedynie, że nie pokocha takiej brzydkiej dziewczyny.

Czas mijał, a ona nie mogła wykluć się z poczwarki. Zdała maturę i poszła na studia. Za namową mamy, zdecydowała się na administrację. Miała kilka koleżanek, ale z żadną nie była bliżej. Nie rozumiała ich. Rozmawiały na tematy, o których nie miała pojęcia. Życie w akademiku stanowiło dla niej kompletną abstrakcję. Sama nie wyprowadziła się od rodziców. Nie widziała takiej potrzeby. Było jej wygodnie i nigdy nie musiała martwić się o pieniądze. Jednak koleżanki wolały martwić się o pieniądze i mieszkać z daleka od krewnych. Miłka z lekkim przerażeniem patrzyła na kalejdoskopy par. Sama nie spotykała się z nikim. Miała wrażenie, że jej koledzy patrzą na nią z odrazą. Nawet tato dziwnie jej się przyglądał.

Kiedy mama pojechała na kilka dni do chorej siostry, przyszedł do pokoju córki. Chciał porozmawiać. Zapytał, czy coś ją martwi. Miłka opowiedziała mu o swoich problemach. Po raz pierwszy tato wydawał się przejęty. Zaproponował, że wybiorą się do lekarza. Ku jej zaskoczeniu zabrał ją do psychiatry. Nie protestowała. W przeciwieństwie do mamy. Kiedy ta wróciła od cioci, była bardzo zła. Kłóciła się z tatą przez wiele dni. Miłka starała się nie wracać myślami do tego czasu. Wtedy w domu panowała ciężka, ponura atmosfera, a mama prawie się nie odzywała. Wreszcie, pozornie pogodziła się, jak to stwierdziła, z pomysłami ojca. Miłka nadal chodziła na wizyty do lekarza wybranego przez tatę. Specjalista, miły starszy pan zdiagnozował zaburzania urojeniowe. Sugerował terapię. Przepisał również leki. Zapewnił ją, że będzie poprawa. Jednak leczenie nie zmieniło jej nastawienia do własnego wyglądu. Po kilku tygodniach odstawiła leki. Czuła się gorzej niż kiedykolwiek. Mama, po raz kolejny miała rację. Miłka więcej nie pojawiła się w klinice, a tato ostatecznie wycofał się do swojej skorupy.

Mama zabrała Miłkę do dermatologa, który miał obiektywnie ocenić stan jej skóry. Ten stwierdził jedynie kilka zmian potrądzikowych. Miłka nie uwierzyła. Lekarz przepisał jej maść i leki. Jednak specyfiki nie pomogły. Mama zaczęła ją zachęcać do wizyt u kosmetyczki. Ciocia poleciła im zakład kosmetyczny Afrodyta. Miłka początkowo nieśmiało, później z coraz większym zaangażowaniem poddawała się peelingom całego ciała i innym zabiegom. Najpierw chodziła do Afrodyty raz w miesiącu. Potem raz na dwa tygodnie. Koleżanki zazdrościły jej, że może sobie na to pozwolić. Wreszcie Miłka poczuła się lepiej.

Na bal podyplomowy wybrała się z kolegą z uczelni. Lubiła Alberta. Był prawie tak samo cichy i bezwonny, jak tato. Jego nieśmiałość ją urzekła. Nie miał w sobie nic z cwaniaka. Jednak mamie się nie spodobał. Nie wiedziała dlaczego. Miała nadzieję, że mama w końcu polubi jej chłopaka. Tak się nie stało. Zaraz po studiach Miłka chciała wyjechać z Albertem do Chorwacji. Mama nie zgodziła się sfinansować jej wyjazdu, a Albert nigdy nie śmierdział groszem. Wtedy po raz pierwszy odczuła brak własnych pieniędzy. Albert wraz ze swoimi znajomymi pojechał nad Morze Czarne. Po jego powrocie praktycznie się nie widywali. W końcu kontakt ustał. Miłka nie płakała. Właściwie to nic nie czuła. Nie miała zresztą czasu, by myśleć o Albercie. Mama, chcąc poprawić jej humor, zabrała ją na dwa tygodnie do Międzyzdrojów. Tam, być może od nadmiaru słońca, stan jej skóry ponownie zaczął się pogarszać.

Po wakacjach bywała w Afrodycie niemal codziennie. Pewnego razu jedna z pracujących tam kosmetyczek zwróciła jej uwagę, że przychodzi zbyt często. Twierdziła, że nie ma potrzeby wykonywania zabiegów z taką częstotliwością. Miłka przestała chodzić do Afrodyty. Po rozmowie z mamą i uruchomieniu kilku kontaktów znalazła gabinet medycyny estetycznej Puaszifra. Według jednej z koleżanek mamy dokonywano tam cudów. W Puaszifra poznała Beatę, sympatyczną młodą mężatkę. Beata przypadła do gustu nawet mamie Miłki, której zazwyczaj nie podobały się koleżanki córki. Młode kobiety szybko znalazły wspólny język. Najczęściej rozmawiały o kosmetykach i zabiegach upiększających, które stały się prawdziwą namiętnością Miłki. Korzystała z laseroterapii, mezoterapii oraz zabiegów z użyciem kwasu hialuronowego. Niestety pomimo systematyczności w stosowaniu rozmaitych środków jej skóra wciąż miała skazy, była wiotka i wyglądała staro.

Miłka sądziła, że przez to nie mogła znaleźć pracy. Wysyłała CV do różnych firm. Bez szczególnych rezultatów. Była może na czterech rozmowach. Wreszcie po pół roku starań mama zadzwoniła do wuja, który pociągnął za kilka sznurków i Miłka dostała drobną posadę w administracji pewnej dużej firmy. Wiedziała, że bez pomocy rodziny nie poradziłaby sobie. Polubiła swoją spokojną, nudną pracę. Była pracownicą skrupulatną i życzliwą, co rychło docenili jej przełożeni. Koleżanki twierdziły, że marnuje się na swoim stanowisku. Raz nawet dostała propozycję awansu, która jednak wiązała się z przeprowadzką. Kiedy powiedziała o tym w domu, mama zaczęła się martwić. Była w tym naprawdę dobra. Wreszcie Miłka przyznała, że za wcześnie na tak dużą zmianę. W końcu rodzice nigdy nie żądali od niej dokładania się do czegokolwiek. Może miała niewielką pensję, ale większość pieniędzy gromadziła na koncie. Nie płaciła czynszu, nie dokładała się do rachunków, ani jedzenia. Miłka pozostała więc na swym mało znaczącym stanowisku.

Dobrze zrobiła, że nie wyprowadziła się z domu, bo z jej skórą było gorzej niż kiedykolwiek. Zwiększyła częstotliwość zabiegów, którym się poddawała. W końcu dermatolog współpracujący z Puaszifra wyraził sprzeciw. Stwierdził, że jest piękną kobietą, a jej wygląd nie wymaga poprawy. Wtedy Miłka przestała odwiedzać Puaszifra i znalazła inny gabinet. Beata poradziła jej miejsce, z którego czasem korzystała. Miłka zaczęła również sama szukać gabinetów, w których mogliby jej pomóc. Odwiedziła wiele zakładów medycyny estetycznej. Za każdym razem skarżyła się na niedoskonałości skóry i za każdym razem polecano jej szereg zabiegów, którym się skrupulatnie poddawała. Trwało to kilka lat, jej skóra nadal nie była doskonała. Raz było lepiej, raz gorzej.

Razem z Beatą zaczęła też chodzić do fitness clubów. W jednym z nich poznały Annę. Beata od razu ją polubiła. Kobieta była pełna życia. Zdaniem Miłki była też trochę dziwna. Mało uczuciowa. Nie miała męża ani dzieci. Chociaż była jedynaczką, odwiedzała rodziców może raz w miesiącu. Zdawała się nie tęsknić za nimi. Wciąż czegoś szukała, eksperymentowała. Kiedy Miłka opowiedziała o niej mamie, ta uznała Annę za żałosną i śmieszną. Miłka nie była co do tego przekonana, ale mama miała zawsze rację. To właśnie za pośrednictwem Anny, Miłka poznała Michała. Przyjaciółka przedstawiła go jej na którymś ze spotkań. Na początku myślała, że uroczy mężczyzna spotyka się z Anną, ale kiedy spytała przyjaciółkę o to, co łączy ją z Michałem, odpowiedziała, że są jedynie przyjaciółmi. Gdyby miała więcej doświadczenia, takie stwierdzenie, natychmiast obudziłoby jej czujność.

Zaczęło się od tego, że Michał zaprosił Miłkę na kawę. Był bardzo miły, przystojny, miał stałą pracę. Nawet mama nie mogła mu nic zarzucić. Pierwszy raz życie Miłki było perfekcyjne. Toczyło się, jak w komediach romantycznych, które wciąż oglądała z Beatą lub mamą. Spotkali się dopiero pół roku, kiedy Michał oświadczył się jej. Zgodziła się od razu, nie myśląc o tym, w jaki sposób ta decyzja zmieni jej życie. Jedno wydarzenie goniło drugie. Naraz okazało się, że ma więcej krewnych, niż przypuszczała. Rozmaite kuzynki pomagały jej wybierać suknię ślubną i zaproszenia. Umawiała się na próbny makijaż i fryzurę. Mama zadbała o salę, zespół i fotografa. W końcu ślub to najważniejszy dzień w życiu kobiety i powinien być idealny.

Ślub całkowicie spełnił jej oczekiwania. Była piękna, słoneczna pogoda. Kościół tonął w kwiatach, a ona wyglądała wśród swoich druhen niczym królewna. Koronkowy welon ciągnął się przez połowę chodnika. Niosły go siedmioletnie bliźniaczki, córeczki jej brata. Michał przystojny, w popielatym garniturze czekał na nią przed ołtarzem. Było uroczyście i pięknie. Ave Maria odbijało się echem od przestronnego sklepienia. Zarówno jej rodzice, jak i rodzice Michała ocierali łzy wzruszenia. To rzeczywiście był najpiękniejszy dzień w życiu Miłki. Dzień, który podobnie jak mucha z jej bursztynowego wisiorka powinien zastygnąć w żywicy czasu. Kiedy wyszli ze świątyni, spadł na nich deszcz ryżu i płatków różanych. Przed kościołem czekali jej i Michała współpracownicy. Również Anna przyszła złożyć im życzenia. Mama zaprotestowała, gdy Miłka chciała ją zaprosić na ślub i wesele, chociaż nie miała nic przeciwko zaproszeniu Beaty z mężem. Tłumaczyła, że Anna jako osoba samotna, źle by się czuła na takiej imprezie. Michał także nie protestował. Przyjaciółka chyba nie miała do niej pretensji. Pamiętała maleńki bukiecik niezapominajek, który przyniosła.

Były w identycznym kolorze, jak sandały, które obecnie grzęzły w miałkim, połyskliwym piasku. Miała nadzieję, że już niedługo dotrą do celu swej wędrówki. Czuła się bardzo zmęczona. Słońce zeszło niżej, ale nadal było gorąco. Nagle potknęła się i upadła na kolana. Towarzyszący jej mężczyzna schylił się natychmiast i pomógł jej wstać. Po raz kolejny pomyślała, że nie jest sama. Jałowy krajobraz wokół dziwnie przygnębiał, a budynki majaczące na horyzoncie nadal były daleko. Naraz usłyszała skwierczenie, które po chwili zaczęło krystalizować się w słowa. Nikogo jednak poza nimi nie było wokół. Wzruszyła ramionami i podjęła dalszą wędrówkę.

– Miłka – spróbowała jeszcze raz Anna.

– Miłka! – powtórzyła Marysia, dotykając dłoni Miłki. Ta jedynie mocniej ścisnęła lusterko.

– To na nic – mruknęła Aldona.

– Może trzeba zadzwonić do jej domu? – zapytała Beata.

Miłka wiedziała, że jest już blisko domu. Swojego prawdziwego domu. Nie, mieszkania rodziców, ani mieszkania, które wynajęli z Michałem niedługo po ślubie. Było obce i nie potrafiła się w nim odnaleźć. Michał też za nim nie przepadał. Mieszkali dwie ulice od rodziców Miłki. Zamierzali znaleźć coś na obrzeżu miasta. Tak na początek. Potem planowali osiąść w domu z ogrodem. Jednak mama Miłki zachorowała i tymczasowo zamieszkali w pobliżu. Miłka dużo czasu spędzała u rodziców. Mama bardzo źle znosiła chorobę i kiedy nie miała towarzystwa, wpadała w ponury nastrój. Myślała, że Michał zdawał sobie sprawę, jakie to ważne, ale okazało się, że niczego nie rozumiał.

Wszystko przez głupią wycieczkę do Egiptu. Nie pojechali w podróż poślubną. Przełożyli ją ze względu na zdrowie mamy. Ona sama też nie czuła się lepiej. Dolegliwości skórne, które na pół roku minęły, nasiliły się wyraźnie. Na początku Michał zgodził się na przesunięcie wyjazdu, ale po czterech miesiącach wrócił do tematu. Mówił, że jest zmęczony pracą i należą mu się wakacje. Przekonywał, że mama na pewno da sobie radę. Poza tym ma przecież ojca. Miłka wiedziała, że tato nie stanowi wsparcia dla mamy. Gdy Michał położył przed nią dokumenty z biura podróży, rozpłakała się i zamknęła w łazience. Nie powinien decydować za nią. Wszystko, co wydarzyło się później, pamiętała, jak przez mgłę. Ponownie wprowadziła się do rodziców, ale mieszkanie, które zawsze kojarzyło się z bezpieczeństwem, stało się ciasne i duszne. Mama wróciła wreszcie do zdrowia, ale to nie wiele zmieniło. Miłka działała jak automat. Chodziła do pracy oraz na spotkania ze znajomymi, bo tak powinna robić. Codziennie rano malowała się przed lustrem, starając się zakryć szpetne plamy, na które nie działały już żadne kremy. Lustro stało się jej największym wrogiem.

Zacisnęła mocniej dłoń na srebrnym lusterku. Popatrzyła na nie ze zdumieniem. Coś miała zrobić. Poczuła dotyk. Jej towarzysz chwycił ją za rękę, a potem odebrał srebrny bibelot. Otworzył puzderko i skierował ku słońcu. Jaskrawe błyski pomknęły w kierunku bliższych już nieco zabudowań. Po chwili Miłkę oślepiły odbłyski od strony miasta. Oczekiwano ich. Przyspieszyli kroku. Miłka nadal widziała powtarzające się regularnie sygnały świetlne. Drażniły ją coraz bardziej. Przesłoniła oczy ręką, ale to nie pomogło. Naraz budynki na horyzoncie tonące w roziskrzonym piasku rozmyły się nieoczekiwanie.

Pustynną scenerię zastąpiło staroświeckie wnętrze kawiarni, w którym cztery kobiety wyglądały dziwnie nie na miejscu. Miłka zamrugała i rozejrzała się wokół nieprzytomnym wzrokiem. Tymczasem Anna błyskawicznie schowała kieszonkową latarkę do torebki. Marysia otoczyła Miłkę ramieniem i obserwowała ją z uwagą. Aldona wyglądała na znudzoną. Beata pochyliła się ku Annie.

– Po co to właściwie zrobiłaś? – spytała szeptem.

– Oglądałam taki jeden program na Discovery – wyjaśniła Anna konspiracyjnie. – Ratownicy medyczni świecą latarką w oko poszkodowanego.

– No i?

– Jeżeli odruch źreniczny nie występuje, to oznacza, że krążenie ustało co najmniej na minutę, półtorej i najprawdopodobniej doszło do śmierci pnia mózgu – oświadczyła kobieta. – Wtedy stwierdzają zgon – dodała.

– Anka! – syknęła Beata.

– Jeśli odruch źreniczny nie występuje u osoby przytomnej, może to oznaczać poważne uszkodzenie mózgu – dokończyła wesoło Anna.

– Cicho – Marysia przyłożyła palec do ust. Beata zakryła oczy dłonią.

Tymczasem Miłka patrzyła ze zdumieniem na swoje dłonie. Otworzyła puzderko, przejrzała się, poprawiła włosy. Odłożyła kosztowny drobiazg, nie zamykając go. Światło lampy odbiło się w lusterku, wyczarowując świetlnego zajączka na bocznej ścianie Czyśćca. Miłka uśmiechnęła się do przyjaciółek.

– Coś się stało? – spytała zupełnie normalnym głosem.

– Właśnie nie wiemy – odparła wolno Beata.

– Dobrze się czujesz? – spytała Maria.

– Tak – odpowiedziała beztrosko Miłka.

– Nie boli cię głowa albo co? – dociekała Anna. – No bo wiesz, tak jakbyś zastygła.

– Zastygłam?

– No, nie ruszałaś się, nie odpowiadałaś na wołanie – wyjaśniła kulawo Beata. Miłka wzruszyła ramionami.

– Po prostu zamyśliłam się trochę. Każdemu może się zdarzyć.

– Uhm – burknęła Anna bez szczególnego przekonania.

Chciała jeszcze coś powiedzieć, gdy z boku usłyszała podniesiony głos. Blondynka, siedząca przy stoliku, strategicznie usytuowanym obok toalety była najwyraźniej wzburzona. Kobiety odwróciły głowy w jej stronę. Zobaczyły jedynie, jak wstaje z impetem. Przeszła niczym cyklon obok ich stolika, zahaczając o niego torebką. Szarpnęła nią i ruszyła w stronę drzwi. Energicznie zdjęła płaszcz z wieszaka i wyszła, trzaskając głośno drzwiami. Nawet nie zauważyła, że zrzuciła na podłogę srebrny drobiazg. Do uszu Miłki dobiegł nieprzyjemny brzęk. Spojrzała na podłogę. Lusterko leżało wierzchem ku górze, ukazując skomplikowane ornamenty. Pochyliła się i podniosła bibelot. Przez środek lusterka przebiegała rysa.

– Siedem lat nieszczęścia – stwierdziła Aldona. – Kompletna wariatka – dodała, patrząc w kierunku drzwi.

– Tak mi przykro! – powiedziała Marysia. – To prezent od mamy? – zapytała. Miłka bez słowa skinęła głową.

– Jestem pewna, że lusterko da się wymienić. W końcu to tylko wypełnienie srebrnej oprawy – dodała pocieszająco Beata.

Anna milczała. Ze współczuciem patrzyła na mężczyznę przy stoliku. Przez chwilę wpatrywał się w serwetę, po czym rozejrzał się wokół. Wreszcie wstał i podszedł do baru. Najwyraźniej chciał uregulować rachunek. Lucjan, który właśnie kogoś obsługiwał, zamienił z gościem kilka słów i odesłał go do stolika. Ten szybkim krokiem przeszedł przez salę i ponownie zajął miejsce przy toalecie. Pochwycił spojrzenie kobiety z babskiego zebrania przy stoliku nieopodal, która w tym momencie uśmiechnęła się do niego ze zrozumieniem. Zakłopotany odwzajemnił uśmiech.

Anna pomyślała, że ona zawsze płaciła za siebie. Jej problem polegał najwyraźniej na tym, że  chciała być uczciwa i honorowa. Przypomniała sobie pewną koszmarną randkę, do której końca wytrwała z mężnym uśmiechem. Teraz żałowała, że w odpowiednim momencie nie rzuciła focha i nie wybiegła z lokalu przed płaceniem. Wróciła do rzeczywistości. Popatrzyła na Miłkę, która z milczącym zdumieniem obracała w palcach uszkodzone lusterko.

– Jak w starej baśni – stwierdziła, z krzywym uśmieszkiem.

– Tej o Śnieżce? – spytała Miłka, gwałtownie podnosząc głowę.

– Nie, miałam na myśli Królową Śniegu, Andersena.

– A, Andersen. Nigdy nie lubiłam jego bajek. Są takie smutne – stwierdziła obojętnie Miłka. – O co chodziło z  tym lustrem? – zapytała. Anna wzięła lusterko z rąk przyjaciółki i zaczęła opowiadać.

– Pewien złośliwy czarodziej, który ze wszystkiego się wyśmiewał i każdą rzecz przedstawiał z najgorszej strony, stworzył zwierciadło, w którym wszystkie rzeczy piękne, wyglądały szkaradnie – Miłka wzdrygnęła się wyraźnie. – Świat odbity w tym lustrze wydawał się brzydki i zły. Każdy, kto zobaczył, to co odbija się w zwierciadle, pogrążał się w smutku, ale czarodziejowi to nie wystarczało – zakończyła Anna.

Miłka patrzyła na nią z szeroko otwartymi oczami. Marysia i Beata uśmiechały się lekko. Aldona wróciła do bycia znudzoną.

– Co było dalej? – zapytała Miłka, ku zdumieniu wszystkich.

– Czarodziej polecił swym piekielnym sługom pofrunąć z czarodziejskim lustrem aż do nieba, by przejrzeli się w nim aniołowie, a może i sam Bóg. Jednak zwierciadło było zbyt ciężkie i słudzy je upuścili. Lustro upadając, rozbiło się na miliony okruchów – opowiadała dalej Anna. Beata pomyślała, że pewnie niewiele osób może nadążyć za krętym tokiem jej myśli.

– Na szczęście to, które rozbiło się w Czyśćcu, zrządzeniem piekła, czy nieba jest w miarę całe – huknął wesoło Lucjan, który zanosząc rachunek pechowemu klientowi, najwyraźniej usłyszał fragment opowieści i postanowił zaznaczyć swoją obecność. – Inaczej bylibyśmy w kłopotach – oświadczył poważnie.

– Dlaczego? – spytała Miłka, odbierając lusterko z rąk Anny.

– Z tego, co pamiętam każdy, komu do oka wpadł okruch zaczarowanego zwierciadła, nie mógł dostrzec wokół siebie niczego dobrego, ani pięknego. Stawał się zimny i obojętny – wyjaśnił mężczyzna.

– A jego serce zmieniało się w bryłę lodu – dokończyła Anna.

– Panie Lucjanie, skąd tak dobrze zna pan dziecinne bajki? – zapytała nieco złośliwie Aldona.

– Mam bratanka i dwie siostrzenice – oświadczył mężczyzna, szczerząc się szeroko.

– Zaniósł pan rachunek, panu przy tamtym stoliku? – zapytała Marysia, wskazując głową na toaletowe miejsce.

– Tak.

– Spotkanie chyba się nie udało? – bardziej stwierdziła, niż zapytała.

– Raczej nie – parsknął barman.

– Cóż, może nie wszystko stracone? – zastanowiła się Marysia. Anna popatrzyła z sympatią na niepoprawną optymistkę.

– Może da się skleić? – zapytała naraz Aniela, która stanęła przy stoliku. Kobiety spojrzały na nią zdumione. Kelnerka, widząc ich miny, wskazała lusterko.

– Czym? – spytał Lucjan. – Klejem czy taśmą izolacyjną?

– Ty,  to zaraz musisz przygadać – burknęła kelnerka.

Dopiero teraz przyjaciółki zauważyły, że ma na sobie śnieżnobiały, wełniany płaszcz do kostki i obszerną białą czapkę z gigantycznym pomponem. Zdawała się jaśnieć w przykurzonym wnętrzu Czyśćca.

– Nie czas na to, żebyś zajmowała się klejeniem. Wracasz do domu odpoczywać i jeśli ci nie minie, jedziesz do lekarza.

– Noga nadal pani dokucza? – zatroskała się Beata. Aniela smętnie pokiwała głową.

– Wezwałem Ubera. Zabierze Anielę prosto do domu.

– Dobrze pan zrobił – stwierdziła Marysia. Anna patrzyła na barmana z życzliwym uśmiechem.

– Poradzisz sobie sam? – zapytała.

– Pan Piotr na pewno chętnie pomoże! – zaświergotała Aldona. Lucjan uśmiechnął się nieznacznie.

– Nie chcę go nadmiernie angażować. Zadzwoniłem po moją kuzynkę. Przyjdzie mi pomóc – Anna popatrzyła na mężczyznę.

Dopiero w tym momencie zrozumiała, dlaczego Lucjan z jednej strony fascynował ją, a z drugiej przerażał. Wciąż był otoczony ludźmi. Czuła jakby nie było już miejsca dla nikogo nowego. Nie było miejsca dla niej. Ze smutkiem pomyślała, że chociaż uchodzi za osobę niezwykle towarzyską, wśród ludzi najczęściej czuje się zażenowana i niepewna tego, co powinna robić, czy mówić w danym momencie.

– A co na to wasz szef? – Aldona zaatakowała niczym kobra, przerywając niepotrzebne dywagacje Anny.

– Jakoś to przeżyje – oświadczył Lucjan, a Aniela ku zaskoczeniu przyjaciółek nieoczekiwanie uśmiechnęła się promiennie. Anna zauważyła, że jest całkiem ładna. Lucjan nie zważając na chłód, wyszedł na zewnątrz. Po chwili wrócił.

– Już jest. Jedź do domu. My z Gabrielem zajmiemy się wszystkim! – oświadczył.

– Niech wam będzie – mruknęła kelnerka i pokusztykała do wyjścia. Odwróciła się na moment. – Do widzenia !– zawołała całkiem miłym głosem.

Lucjan otworzył drzwi. Aniela wyszła. Zewnętrzna lampa na ułamek sekundy rozświetliła jej sylwetkę. Lusterko w dłoniach Miłki zamigotało. Kobieta spojrzała na nie. Naraz głosy przestały do niej docierać. Wszystko zastygło. Czas stanął. Ta jedna chwila ugrzęzła niczym mucha w bursztynie. Aniela na zawsze zatrzymała się w progu Czyśćca. Lucjan zamarł w geście przytrzymywania jej drzwi. Anna z brodą opartą na delikatnej dłoni patrzyła na barmana. Marysia zatroskana i zmartwiona przyglądała się rozbitemu lusterku. Beata, jak zawsze piękna spoglądała na Annę, a Aldona zamarła ze skwaszoną miną. Pozostali klienci Czyśćca zniknęli. Spojrzała w dół. Pod stopami rozpościerał się migotliwy, biały piasek. Przysypywał czółenka Anny i porządne buty Marysi. Grzęzły w nim stoły i krzesła. Chciała wstać, ale nie mogła. Ona również utknęła niczym nieszczęsny owad sprzed czterdziestu milionów lat. Teraz sama będzie trwać tak przez wieczność.

………………………………………………………………………………………………………………………………………….

CDN

No Comments

Post A Comment