Baśnie wRóże | Czyściec – Marysia
Baśnie wRóże. Prowadzę warsztaty bibio- i bajko- terapeutyczne, w których chcę pobudzać do twórczego myślenia oraz rozwijać umiejętności fantazjowania. Fantazjowanie pozwala nam bowiem dostrzegać pozytywne strony życia, cieszyć się małymi rzeczami i dostrzegać piękno tam, gdzie inni go nie widzą.
storytelling, bajki, baśnie, Poznań, Wielkopolska, opowiadanie, dziecięce fantazje
2023
post-template-default,single,single-post,postid-2023,single-format-standard,ajax_fade,page_not_loaded,,qode_grid_1300,qode-content-sidebar-responsive,qode-theme-ver-10.0,wpb-js-composer js-comp-ver-4.12,vc_responsive

Czyściec – Marysia

Czyściec – Marysia

CIĄG DALSZY NASTĘPUJE 🙂

Ruszyła za Lucjanem. Nad głowami odchodzących pojawiła się subtelna, różowa smużka. Beata i Marysia skierowały kroki ku pluszowej kanapie. Marysia przywitała się z pozostałymi przyjaciółkami. Oklapła ciężko obok Miłki i uśmiechnęła się promiennie.

Maria rozglądała się wokół z zadowoleniem. W przeciwieństwie do Anny nie widziała kurzu na poduszkach i rozchwianych krzeseł. Uważała Czyściec za jedno z wielu sympatycznych miejsc, które los postawił na jej drodze.

Życie Marysi zdawało obfitować w same pozytywne zdarzenia. Nawet sytuacje pozornie bez wyjścia, zwykle szybko obracały się na jej korzyść. Przyjaciele nazywali ją szczęściarą. W pewnym sensie mieli rację. Maria należała do rzadkiego gatunku osób, które w każdym wydarzeniu potrafiły dostrzec jasną stronę. Zupełnie inaczej niż Aldona, która obecnie z zaciętym wyrazem twarzy wpatrywała się w okruchy na talerzu przed sobą.

Maria spojrzała na przyjaciółkę życzliwie, ale bez większego zainteresowania. Z natury była bardzo opiekuńcza, przez co zdarzało jej się angażować w problemy swoich znajomych. Wiedziała, że Aldona jest nieszczęśliwa. Nie sądziła jednak, że w jakikolwiek sposób mogłaby jej pomóc. Nie miała złudzeń. Była przekonana, że ta wręcz pławi się w smutku. W swoich wyobrażeniach Aldona prawdopodobnie obsadzała się w roli heroiny prosto z łzawego romansu. Możliwe, że żaden uczciwy, kochający mężczyzna, czy spokojna praca nie zaspokoiłby jej potrzeby dramatu.

Przeniosła spojrzenie na Miłkę, która dzisiejszego popołudnia zachowywała się szczególnie beztrosko i trzpiotowato. Z nią było inaczej. Marysia wiedziała, że nie powinna się wtrącać, ale to było silniejsze od niej. Miała też wyrzuty sumienia, gdyż okłamała przyjaciółki. Tym razem Marcinka na zgrupowanie odwiózł Jarek, a ona sama spotkała się z Michałem. Był wyraźnie zawstydzony. Podobnie, jak Miłka nie miał ochoty rozmawiać o tym, co doprowadziło do rozstania. Ona i Jarek zawsze rozmawiali. Na początku było słowo. Bez niego nic nie mogło zaistnieć. Szczerość, chociaż często niosła smutek, doprowadzała w końcu do zgody. Miłka i jej mąż milczeli we wrogim niezrozumieniu, licząc na to, że druga strona domyśli się wreszcie, o co chodzi.

Od Michała Marysia dowiedziała się, że on i Miłka nie dopełnili jeszcze formalności rozwodowych, głównie z powodu Miłki, która wciąż odsuwała od siebie przykre momenty. Maria pomyślała, że cecha, która zwykle przeszkadzała Miłce w życiu, chociaż raz się na coś przydała. Zastanowiła się nad charakterem przyjaciółki. Miłka pragnęła, aby świat był uporządkowany i niezmienny. Dla Marii był kłębowiskiem sił i energii. Wciąż stawiał przed nią kolejne, ekscytujące wyzwania.

Od dzieciństwa większość swoich drobnych kłopotów Marysia musiała rozwiązywać sama. Rodzice otoczyli ją ciepłym uczuciem i zapewnili sporą dozę zdrowego zaniedbania. Swój dom pamiętała jako głośny i wesoły. Wraz z rodzicami i trójką braci mieszkała w małym miasteczku, pełniącym obecnie funkcję sypialni Poznania. Jej mama uczyła muzyki, a tato był członkiem zespołu, grającego głównie na weselach. Maria ukończyła szkołę muzyczną. Tańczyła również w zespole ludowym Jarząbki. Wraz z nim, zanim osiągnęła wiek nastoletni, zwiedziła praktycznie całą Europę, zbierając rozmaite doświadczenia. Anna twierdziła, że właśnie dzięki temu jest taka otwarta i nie boi się zmian. Ona sama nie była tego taka pewna.

Ludzie wierzą, że dzieciństwo determinuje ich dalszą egzystencję. Jest to zapewne prawda, ale Maria była przekonana, że każdy w dowolnym momencie może zmienić sposób życia, zachowania, a nawet myślenia. W końcu człowiek jest zmuszony nieustannie podejmować decyzje niewielkiej wagi, a każdy drobiazg wpływa na jego dalsze losy. Jest to zgodne z teorią chaosu. By ją wyjaśnić, Edward Lorenz użył kiedyś przykładu motyla, który machając skrzydełkami w Ohio, jest w stanie spowodować po trzech dniach burzę piaskową w Teksasie. Maria wierzyła, że to prawda. Jej zdaniem drobne decyzje mogły wywołać nieprzewidziane następstwa. Stać się tą pierwszą kostką domina, która rozpocznie ciąg zdarzeń.

Tak było z nią i Jarkiem. Ku lekkiemu zaskoczeniu rodziny Maria wybrała się na polonistykę. Nie wiedziała, co chce robić w przyszłości, ale potrzebowała odmiany. Szybko zaangażowała się w działalność koła teatralnego. Jej naturalna ekspresja i potrzeba improwizacji doskonale sprawdziły się na studenckiej scenie. Podczas jednego z przedstawień poznała Jarka, który studiował we Wrocławiu, a do Poznania przyjechał odwiedzić swojego przyjaciela z liceum. Tego dnia mieli wybrać się razem do pubu, ale jego kolega pokłócił się ze swoją ówczesną dziewczyną i w ramach łagodzenia sytuacji postanowił wybrać się na sztukę, w której grała.

Nie wiadomo, w jakim momencie motyl zamachał skrzydłami. Czy wówczas, kiedy kolega zaprosił Jarka do siebie? Czy może wtedy, gdy jej koleżance Ali wykładowca na tyle popsuł humor, że ta posprzeczała się ze swoim chłopakiem? Jednak zamachał. Na początku był chaos. To z niego wyłoniła się pierwsza para bogów. Można to nazwać miłością od pierwszego wejrzenia, chociaż trafiali się tacy, którzy określali to mianem szaleństwa. Jarek z uporem maniaka kursował pomiędzy Wrocławiem a Poznaniem. Na trzecim roku przeniósł się na  uczelnię, na której studiowała Maria. Oświadczył się jej w dzień po obronie. Marysia uśmiechnęła się do swoich wspomnień.

– Ziemia do Marysi – zawołała wesoło Anna, stawiając piwo przed przyjaciółką.

– Wspominałam – roześmiała się Marysia, odruchowo przygładzając lekko rozwichrzone włosy.

– Jak zwykle bujasz w obłokach – powiedziała Beata.

– Jak zwykle, w różowych – dodała Anna głosem, w którym wyczuwało się nutę goryczy.

Marysia spojrzała na Annę. Annę, która była mistrzem w komplikowaniu sobie życia. Jej motyl już dawno zwichnął skrzydełko. Chociaż może nie zamachał w odpowiednim momencie? Popatrzyła w stronę baru. Wiedziała, że nie powinna się wtrącać. Z drugiej strony doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że przyjaciółka została obdarzona potężnym, samokrytycyzmem i winą za wszystkie swoje niepowodzenia tak zawodowe, jak uczuciowe obarczała jedynie siebie. Była ciekawa, jak Anna zachowałaby się, gdyby usłyszała jednoznaczną deklarację uczuciową. Nikt nie lubi niepewności. Nikt nie lubi gierek.

– Idę do łazienki – oświadczyła Miłka, podnosząc się z kanapy. Maria patrzyła za nią tak długo, aż ta zniknęła za drzwiami przybytku ulgi, po czym pochyliła się ku przyjaciółkom.

– No, nareszcie. Muszę z wami porozmawiać bez obecności Miłki – stwierdziła konspiracyjnym szeptem. Beata w zdumieniu uniosła brwi.

– O co chodzi? – zapytała.

– Widziałam się dziś z Michałem.

– Jak to? – spytała Anna poniesionym głosem.

– Uznałam, że warto z nim porozmawiać. Martwię się o Miłkę. Zupełnie zamknęła się w sobie.

– Nie wydaje się szczególnie zamknięta w sobie – prychnęła Aldona.

– Poza tym nie powinnaś się wtrącać – dodała ostrożnie Beata.

– A ty co o tym myślisz? – Maria zwróciła się do Anny. – W końcu jako jedyna znasz Michała od ładnych paru lat – Anna z zaciętymi ustami wpatrywała się w resztkę piwa na dnie swojej szklanki. Milczała.

– Nie wiem, co chcesz przez to osiągnąć – odezwała się wreszcie.

– Nic konkretnego – odparła pogodnie Marysia. – Chcę jedynie, żeby porozmawiali. Szczerze. Bez gierek.

– Bez gierek – powtórzyła z krzywym uśmieszkiem Anna.

– A co? Gierki to  jego specjalność? – zapytała ciekawie Maria. – Cóż, Michał musi dorosnąć. Podjąć konkretną decyzję – dokończyła.

– Przecież się pobrali – stwierdziła Aldona,

– Co z tego? Wielu niedojrzałych ludzi się pobiera – odparła Marysia. – Moim zdaniem Michał należy do tych wiecznie niezdecydowanych osób, które tak naprawdę nigdy nie wiedzą, czego chcą – dodała autorytatywnie.

– Nie to, co Jarek. Umysł ścisły. Dla niego dwa plus dwa zawsze równa się cztery! – stwierdziła sarkastycznie Anna.

– Bo się równa – powiedziała z przekonaniem Maria.

– Na pewno Miłka… – zaczęła Aldona, ale Maria gwałtownie pokiwała głową.

– Nie sądzisz jednak, że wina leży wyłącznie po jego stronie? – zapytała Anna.

– Ależ skąd – zawołała Maria. – Rodzice Miłki i ona sama dołożyli swoje trzy grosze. – dodała.

– No niech ci będzie – Anna roześmiała się najwyraźniej rozbrojona.

– Nadal nie sądzę, żeby to był dobry pomysł – stwierdziła Beata.

– Szczera rozmowa? Uważam, że nie zepsują już tego bardziej.

Beata miała inne zdanie. Nigdy nikomu nie zdradzała swoich prawdziwych intencji i wierzyła, że dobrze na tym wychodzi. Sądziła, że nadmiar zwierzeń szkodzi związkom. Teraz kiedy patrzyła na wciąż pełną entuzjazmu Marię, zaczęły ogarniać ją wątpliwości.

– Poza tym formalnie jeszcze nie są rozwiedzeni – dokończyła Marysia.

– Co? – zdziwiła się szczerze Beata.

– Nie wiedziałyście? – kobiety przecząco pokręciły głowami. – Miłka zapodziała gdzieś odpis pozwu. Myślę, że wcale nie chce tego rozwodu! – stwierdziła tryumfalnie Marysia. – Cicho, cicho. Później wam powiem, co ustaliliśmy z Michałem. – Miłka wróciła do stolika. Była świeżo upudrowana.

– O czym rozmawiałyście? – spytała.

– O szczęściu i miłości – odpowiedziała wesoło Maria. Anna uśmiechnęła się mimowolnie, a Aldona wywróciła oczami.

– To fajnie – odparła z roztargnieniem Miłka i zaczęła szperać w swojej lakierowanej torebce.

– Chyba zamówię naleśniki – Maria klepnęła się w kolana.

Dostrzegła Anielę, która utykając lekko podeszła do sąsiedniego stolika. Pomachała do niej przyjaźnie. Kelnerka zaprezentowała grymas, który jedynie przy ogromnej dozie dobrej woli można było uznać za uśmiech. Po dłuższej chwili przykusztykała do stolika.

– Dzień dobry – wymruczała. – Słyszałam, że miała pani wejście z klasą – Marysia wyszczerzyła zęby.

– A to plotkarz z tego Lucjana – stwierdziła. Widzę, że dziś jest dzień wypadków – dodała, wskazując na lekko opuchniętą kostkę Anieli. Kelnerka prychnęła i machnęła ręką.

– Nic takiego się nie stało! Lekkie stłuczenie. Tylko serwisu szkoda.

– Nie ma czego żałować! Człowiek przecież ważniejszy niż szkło.

– Może i ważniejszy, ale nie dla Gabriela – stwierdziła nadąsana Aniela.

– Miał do pani pretensje?

– Uhm.

– Myślę, że da się w końcu udobruchać.

– Co dla Pani? – spytała z rezygnacją kelnerka.

– Porcję naleśników po meksykańsku proszę – Aniela zapisała zamówienie. – I niech pani teraz nie nadwyręża tej kostki. Jak na razie niewiele klientów przychodzi do baru. Lucjan może pani pomóc. – Aniela ledwie dostrzegalnie skinęła głową.

– Zaraz przyniesie.

– Zaraz? – zapytała z przekąsem Anna, zdając sobie sprawę, jak długi bywa w Czyśćcu czas realizacji dowolnego zamówienia.

– A tak – nabzdyczyła się kelnerka. – Jest zdenerwowany i teraz smaży naleśniki na potęgę! Nie wiem, co my z nimi wszystkimi zrobimy! – głos kobiety podniósł się niemal do krzyku.

Anna była kompletnie zaskoczona tym oświadczeniem. Żałowała, że w porę nie ugryzła się w język. Postanowiła czym prędzej wylać oliwę na wzburzone fale.

– Doskonale rozumiem Gabriela. Sama w stresie piekę ciastka. – oświadczyła uroczyście.

Aniela otaksowała ją, uniosła nieznacznie lewy kącik ust, prychnęła dla zasady i odeszła bez słowa od stolika. Maria zwróciła twarz ku przyjaciółkom i odetchnęła głośno. Miłka nadal szperała w swojej różowej torebce, całkowicie zaabsorbowana tym zajęciem. Beata oparła głowę na wypielęgnowanych dłoniach. Anna dopijała piwo. Jedynie Aldona złym wzrokiem odprowadzała kelnerkę.

– Nie wiem, dlaczego niby Lucjan ma wyręczać Anielę – stwierdziła nieoczekiwanie. – Mnie nikt nigdy w niczym nie wyręczał! – Aldona miała zwyczaj zakotwiczania myśli w konkretnym punkcie. Beata już otworzyła usta, ale po uzmysłowieniu sobie ewentualnych skutków nieprzemyślanej wypowiedzi, zamknęła je natychmiast.

– Czasem człowiek potrzebuje pomocy – odparła Maria. – Poza tym Lucjanowi korona z głowy nie spadnie, jeśli raz przyniesie zamówienie do stolika – stwierdziła, spoglądając znacząco na Annę.

– Pewnie nie – odparła zagadnięta. Pomyślała, że jej przyjaciółka jest niereformowalna.

– Cieszę się, że was widzę! – zawołała szczerze Marysia. – Jak dobrze odpocząć od rodzinnego chaosu. Zjeść coś, czego nie trzeba wcześniej ugotować. Porozmawiać na temat, który nie dotyczy ząbkowania, karmienia, kucyków Pony, czy lekcji panina! – Beata i Anna roześmiały się serdecznie.

Aldona i Miłka nadal przebywały w prywatnych wszechświatach. Maria pomyślała, że każda z nich ma swój własny wszechświat, a tak się złożyło, że jej jest pełen dzieci. Zawsze chciała mieć dużą rodzinę. Jednak kiedy ona sama była dzieckiem, wszystko wydawało się łatwiejsze. Wraz z braćmi w dużym stopniu sami się wychowywali. Zapracowani, weseli rodzice często podrzucali ich do dziadków i rozmaitych ciotek. W jej rodzinie było inaczej. Nawet nie wie kiedy, stała się szoferem swoich dzieci. Kursowała po całym mieście, wożąc je do i ze szkoły, do lekarzy, na kursy rysunku, basen, aikido, naukę gry na pianinie. Po tych kilku latach mogłaby śmiało zostać kierowcą taksówki.

Pomyślała, że duża rodzina funkcjonuje jak przedsiębiorstwo. W dodatku wciąż wszędzie docierała po czasie, mimo że o każdym kolejnym punkcie dnia przypominał jej grafik ustawiony w Google Calendar. Spóźniali się, bo nie wszystko da się przewidzieć. Wystarczyło, by Celinka założyła odwrotnie buciki, albo Natalka i Krzyś, niesforne bliźniaki wspierające się wzajemnie w realizacji najdzikszych pomysłów, postanowiły umyć lustro w łazience pastą do podłóg. Ona i Jarek nie należeli do rodziców, nadmiernie obciążających potomstwo. Nie mieli też wygórowanych ambicji. Uważali, że dzieci powinny mieć również czas na nudę. Niestety przy ilości dzieci, która przypadła im w udziale nie starczyło już na nią miejsca. Nuda stała się towarem luksusowym.

Marysia nie miała pretensji do Jarka. Pomagał jej, ile tylko mógł, ale nie da się ukryć, że przy jego trybie pracy, bywało trudno. Tradycyjny podział obowiązków w rodzinie magicznie usankcjonował kredyt, który pozwolił im przenieść się z miniaturowego mieszkania do niewielkiego domku, znacznie zwiększając i tak duże miesięczne obciążenie domowego budżetu. Mało kto zdaje sobie sprawę z wysokości miesięcznej kwoty, pozwalającej dużej rodzinie funkcjonować na przeciętnym poziomie. Już nie wspominając o gadżetach, które powinna mieć każda mama. Kiedy pierwszy raz zobaczyła cenę chusty, mającej zaspokoić Marcinkowi pierwotną potrzebę bliskości, a jej nadać wygląd wielbłąda, zaniemówiła z wrażenia. Topniejący budżet podratowały nieoczekiwanie, wprowadzone hurtowo świadczenia socjalne.

Pieniądze rozwiązują jednak tylko część problemów. Grube książki, pełne wartościowej wiedzy podkreślają, że każde dziecko jest inne i ma odmienne potrzeby. Rodzice powinni w pełni angażować się w życie swoich wszystkich pociech. Niestety żadna z tych książek nie wspominała jak to zrobić i nie zwariować przy okazji. Owszem zawierają wiele rad i rozwiązań. Przypuszczała, że większość jest skuteczna… w warunkach laboratoryjnych. Marysia lubiła wyobrażać sobie, że jest kapryśną gwiazdą filmową, wspomaganą przez cały sztab wykwalifikowanych opiekunek i prywatnych lekarzy pediatrów. Przy dodatkowym wsparciu dziadków albo pomocy byłoby łatwiej. Niestety jej mama mieszkała nad morzem, a mama Jarka miała uczulenie na dzieci poniżej piątego roku życia, co wykluczało większość jej dzieci z listy kandydatów na stanowisko podopiecznego babci Krysi.

Jarka widywała ostatnio jedynie wieczorami. Nadrabiali w weekendy. Całodniowe, rodzinne rowerowe lub piesze wycieczki były jeszcze bardziej wyczerpujące niż zajęcia dnia codziennego. Wiedziała jednak, że wspólne rodzinne spędzanie czasu jest bardzo ważne. Żal jej jednak było wyjść tylko we dwoje, które skończyły się na etapie Celinki, ich drugiej córki. Nie pamiętała już, kiedy ostatnio byli gdzieś sami.

No i jeszcze ta praca. Możliwe, że Aldona ma rację. Marysia nigdy nie chciała robić kariery. Zwyczajnie lubiła swoje zajęcie. Z ArteSmarte współpracowała jeszcze w czasie studiów jako wolontariuszka. Fundacja miała status Organizacji Pożytku Publicznego. Zajmowała się rozwojem artystycznym dzieci i młodzieży, prowadząc zajęcia dla szkół oraz przedszkoli. Obecnie Maria była kimś pomiędzy pracownicą administracji a animatorką. Nienormowane godziny pracy i luźna atmosfera ArteSmarte bardzo jej odpowiadały. W dodatku mogła zabierać ze sobą Mateuszka. Dodatkową korzyścią było to, że jej własne dzieci bez żadnych kosztów korzystały ze świetlicy kreatywnej ArteSmarte.

Życie Marii toczyło się w zawrotnym tempie. Dzieci, praca, Jarek, znajomi, a nawet sąsiedzi. Tak, sąsiedzi również. Na dniach zaangażowała się w sprawę drobnego sąsiedzkiego konfliktu o wycieraczkę. Każdemu pragnęła być przydatna i w efekcie dbała o wszystkich poza sobą. Momentami zdawała sobie sprawę, że brakuje jej zdrowego egoizmu. Była niczym cyrkowy żongler. W dodatku wszyscy pytali, jak to robi? Naprawdę nie wiedziała! Przez chwilę zobaczyła siebie jako gwiazdę filmową, wspieraną przez sztab specjalistów. Stała na scenie i żonglowała… wycieraczkami. Uśmiechnęła się do tej wizji. Wróciła do rzeczywistości. Była w Czyśćcu, który stanowił dla niej jedną z niewielu odskoczni od jej wszechświata wypełnionego po brzegi dziećmi i cudzymi kłopotami.

– Jesteś zmęczona? – zapytała Beata.

Trochę – odparła.

– Powinnaś zrezygnować z pracy – ocknęła się Aldona, która miała talent, pozwalający jej dostrzec idealny moment, by grać ludziom na nerwach.

– Lubię moją pracę – odparła ze spokojem Marysia. – Pozwala mi złapać dystans.

– Rozumiem – uśmiechnęła się Anna. – Tylko, mam wrażenie, że trochę tego wszystkiego za dużo. Dzieci, ArteSmarte i ci wszyscy ludzie, za których chciałabyś rozwiązać ich problemy – dokończyła z lekkim jedynie odcieniem surowości w głosie.

– Może masz rację – westchnęła Marysia.

Jesteś jak żongler, utrzymujący w powietrzu kilkanaście płonących pochodni! Wierzysz, że kiedy nastąpi koniec przedstawienia, wyłapiesz je wszystkie i ukłonisz się publiczności w burzy oklasków – Maria spojrzała na Annę ze zdumieniem, zastanawiając się, skąd jej przyszło do głowy to konkretne porównanie.

Dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że w tle słychać kolejną już piosenkę zespołu Hey z albumu Fire. Uśmiechnęła się, dumając nad cudem, jakiem jest ludzki mózg.

– A tymczasem może skończyć się na pożarze całego cyrku? – roześmiała się głośno Marysia. Anna przygryzła wargę, po czym odpowiedziała wesoło.

– I okolicznych lasów – obie wybuchnęły serdecznym śmiechem.

Beata po raz kolejny ze zdumieniem popatrzyła na przyjaciółki. Marysia mimo ściśle zapełnionego grafiku swego życia była podejrzanie szczęśliwa. Nie miała makijażu. Na jej nieufarbowanych włosach pojawiały się już siwe pasemka. Sińce świadczyły o ogromnym zmęczeniu. Jednak błysk w jej oczach mówił wyraźnie, że Maria, jeśli chodzi o swój smutny los, z nikim, by się nie zamieniła. Gestykulowała Zamaszyście. Beata zauważyła jej zniszczone paznokcie. Spojrzała na swoje zadbane dłonie. Przeniosła wzrok na paznokcie Anny, pomalowane zapewne w pośpiechu pomiędzy jednym a drugim kursem rozwojowym. Anna miała wszystkie cechy, charakteryzujące kobietę niespełnioną. Cyniczna, stara panna z kotem, gnieżdżąca się w podnajętej kawalerce. Mimo wszystko nie sprawiała wrażenia nieszczęśliwej. Było w tym coś bezczelnego, co bardzo drażniło Beatę.

Nie rozumiała, dlaczego ona sama czuje się tak fatalnie? Czego właściwie chce? Na Darka przestała liczyć. Oczywiście pieniędzy nie brakowało, ale czegoś brakowało. Znów wróciła myślami do przeszłości. Przypomniała sobie o swym cichym pragnieniu studiowania weterynarii. A gdyby tak? Nonsens! Mieli przecież psa. Dobrze sytuowana rodzina. Ona, on, dwójka dzieci i pies. Znowu ten pies! W tym momencie uświadomiła sobie, że słyszy głos wokalistki, która obecnie ośmiesza się w reklamach banku, przerabiając rzekome opinie klientów poszczególnych firm na teksty piosenek. W jej głowie wybrzmiał tekst: „Mój pies w końcu wygląda jak człowiek”. Pomyślała o sile skojarzeń.

– No i ten pies wyglądał wypisz wymaluj jak pewien prezydent. Identyczna blond grzywka – głos Lucjana wyrwał ją nagle z rozmyślań.

Popatrzyła ze zdziwieniem na mężczyznę, który najwyraźniej miał cudowną zdolność nieoczekiwanej materializacji. Dopiero teraz zauważyła przed Marysią dużą porcję naleśników po meksykańsku. Uśmiechnięta od ucha do ucha przyjaciółka wymachiwała widelcem z nabitym na niego kawałkiem ciasta. Anna mówiła, wpatrując się w Lucjana roziskrzonymi oczami, a Aldona prezentowała coś w rodzaju wężowego uśmiechu.

– Przepraszam, zamyśliłam się! O czym pan mówił? – rzekła lekko zażenowana.

– Nic nie szkodzi, nie tylko pani – odpowiedział Lucjan, wskazując głową na siedzącą bez ruchu Miłkę, wpatrzoną nieruchomymi oczami w nieokreślony punkt przed sobą.

Wszystkie jednocześnie popatrzyły na przyjaciółkę. Ręce złożyła na stole. W zastygłych dłoniach trzymała srebrne lusterko. Lekko rozchyliła wargi. Patrzyła przed siebie, nie mrugając.

– Opowiadałem o żonie mojego znajomego, która wpadła na kompletnie pokręcony pomysł i założyła salon piękności dla psów – wyjaśnił Lucjan. Bata uniosła brwi. Kolejny zbieg okoliczności. – Muszę zmykać – dodał, zerkając na bar, przy którym czekał już jakiś klient.

Anna kiwnęła mu z roztargnieniem, nie odrywając wzroku od Miłki. Kobieta pozostawała w absolutnym bezruchu.

………………………………………………………………………………………………………………………………………….

CDN

No Comments

Post A Comment