Baśnie wRóże | IV Czyściec – Anna
Baśnie wRóże. Prowadzę warsztaty bibio- i bajko- terapeutyczne, w których chcę pobudzać do twórczego myślenia oraz rozwijać umiejętności fantazjowania. Fantazjowanie pozwala nam bowiem dostrzegać pozytywne strony życia, cieszyć się małymi rzeczami i dostrzegać piękno tam, gdzie inni go nie widzą.
storytelling, bajki, baśnie, Poznań, Wielkopolska, opowiadanie, dziecięce fantazje
2004
post-template-default,single,single-post,postid-2004,single-format-standard,ajax_fade,page_not_loaded,,qode_grid_1300,qode-content-sidebar-responsive,qode-theme-ver-10.0,wpb-js-composer js-comp-ver-4.12,vc_responsive

IV Czyściec – Anna

IV Czyściec – Anna

CIĄG DALSZY NASTĘPUJE 🙂

– Nie taka, jak się wydaje co? – zapytał Piotr.

– Może – odparła powoli, patrząc na filigranową figurkę wspartą o kontuar.

Anna zamówiła piwo. Oparła szczupłe przedramiona o kontuar i obserwowała, jak złocisty płyn wypełnia wysoką szklankę. Uśmiechnęła się do Lucjana. Mężczyzna odwzajemnił uśmiech, a drobne zmarszczki wokół jego oczu uniosły się na chwilę. Postawił piwo na blacie. Anna położyła dłoń na wilgotnym szkle i zapytała o jakiś drobiazg. Wkrótce utonęła w różowej mgiełce. Banalny dialog uspokoił ją. Widocznie prawdą jest, że dobry barman ma w sobie coś z psychologa.

Wreszcie mogła przyjrzeć się koszulce, która tak zbulwersowała Aldonę. Napis głosił: „Adam, ujrzawszy, że Ewa jest naga, Innego raju już się nie domaga.” Anna przygryzła wargę. Pomyślała o wciąż smutnej i niezadowolonej z własnego życia przyjaciółce. Nie mogła przypomnieć sobie żadnej radosnej, spontanicznej reakcji z jej strony. Nawet gdy mieszkały razem, Aldona uparcie realizowała schemat, który głęboko tkwił w jej umyśle. Miłość, związek, dzieci. Tak jakby wierzyła, że miłość jest czymś, co można zaplanować.

Do baru podszedł któryś z gości Czyśćca. Anna odwróciła się od Lucjana i rozejrzała po sali, spowitej przez różową mgłę. Popatrzyła na stolik, przy którym siedziały jej przyjaciółki. Zastanawiała się, nad związkami. Nie sądziła, żeby Aldona była zakochana, w którymkolwiek ze swoich partnerów życiowych. Beata zapewne kochała swojego zapracowanego i chyba niezbyt rodzinnego męża. Z kolei Miłka to zupełnie inna para kaloszy. Chociaż przyjaciółka nigdy nie zająknęła się na temat przyczyn rozwodu, Anna domyślała się prawdy. Teraz obie były formalnie wolne, ale Miłka była wolna w inny sposób. Miłka istniała jedynie wśród ludzi. Nie potrafiła być sama ze sobą. Niestety Anna potrafiła. Samotność była bezpieczna. Westchnęła i zerknęła na Lucjana, który w tej chwili pochylał się nad lodówką w obłoczku różowej pary. Wróciła do niezbyt budujących rozmyślań.

Swoje dorosłe życie widziała jako długie okresy samotności, przedzielone krótkimi epizodami, które nigdy nie miały szansy na przerodzenie się w coś głębszego. Nie miały, gdyż ona sama na to nie pozwalała. Gdy tylko spotykała kogoś, kto mógłby wywołać w niej głębsze uczucie, wycofywała się do swojej skorupy. Nigdy nie znalazła sposobu na radzenie sobie ze swoimi uczuciami. Z czasem nauczyła się ukrywać nadwrażliwość w opryskliwości. Najbardziej uciążliwy był jednak lęk. Na samą myśl o tych chwilach, kiedy opadało ją obezwładniające przerażenie, czuła ucisk w żołądku. Różowa mgła rozpraszała się, ukazując mroczne, nieprzyjazne wnętrze Czyśćca.

– Anna – usłyszała dobiegający z daleka głos.

– Co? – spytała nieprzytomna.

– Zamyśliłaś się? – zapytał Lucjan.

– A… tak – odwróciła się w stronę baru z przepraszającym uśmiechem.

Gość właśnie odchodził od kontuaru. Różowa mgła lekko unosiła się nad blatem. Lucjan pochylił się w stronę Anny. Lubiła jego niski głos i niepokorne poczucie humoru. Miał w sobie coś uspokajającego. Właściwie to chciałaby się zakochać. Głupio sentymentalnie i nierozsądnie. Nie potrafiła. Od lat kochała jednego człowieka. Uczucie powodujące, że własna skóra przestawała na nią pasować, tliło się nieustannie. Zdarzały się momenty, w których wierzyła, że wreszcie minęło. Jednak po nich wracało ze zdwojoną siłą. Wreszcie przywykła do tego stanu, a myśli, które powinny należeć do przeszłości, stały się trwałym elementem tła.

Właściwie uczucie, rozrastające się w niej niczym pasożytniczy grzyb, nie miało w sobie nic dramatycznego. Gdyby była bohaterką serialu paradokumentalnego ukochany, byłby żonaty. Mógłby też popełnić przestępstwo lub być patologicznie niewierny. Żywa wyobraźnia podsuwała Annie wiele scenariuszy. Prawda była banalna i bynajmniej nie naga. Anna paranoicznie bała się wyrażania uczuć. Ze strachu przed odrzuceniem wiązała się ze spokojnymi, niezbyt ekscytującymi mężczyznami, których po jakimś czasie oceniała jako śmiertelnie nudnych i rozstawała się z nimi bez żalu. Kiedy tylko zaczynała czuć coś więcej, wpadała w panikę. Tak właśnie było w przypadku M., którego zawsze w ten sposób określała w myślach. Skrzywiła się, przypominając sobie, jak wówczas skomplikowała sytuację. W kwestii miłości była mistrzem stwarzania pozorów.

Uśmiechnęła się lekko do rozmówcy. W Czyśćcu zawsze odpływała myślami. Nie wiedziała, dlaczego akurat w tym momencie zaczęła dumać nad swoim trudnym charakterem. Może dlatego, że jej zdaniem było coś nieuczciwego, w zainteresowaniu, które okazywała teraz Lucjanowi. Wyobraziła sobie komentarz Aldony. Zjadliwy i całkowicie nieprawdziwy. Gdyby Lucjan wzbudził jej uczucia, paradoksalnie, nie byłaby miła.

– Jaka dziś milutka co? – zarechotał Piotr tuż przy jej uchu, opierając się o bar.

Anna wzdrygnęła się i stanęła prosto. Różowa mgiełka naraz rozproszyła się i wróciła przygnębiająca rzeczywistość Czyśćca, z jego zakurzonymi pluszami i przywiędłymi różyczkami na kotarach. Szary strach dnia codziennego opadł na świat niczym ciężka kotara.

– Co ci nalać? – zapytał obojętnie Lucjan.

– Pilsa – zahuczał Piotr, stukając w kurek. Anna wzięła piwo i zamierzała odejść.

– Już zmykasz? – zapytał Piotr.

– Zagadałam się – odparła Anna. – Dziewczyny czekają.

– Ze mną byś się nie zagadała – stwierdził, odgarniając jej włosy z karku. Anna momentalnie zesztywniała. Odsunęła się gwałtownie. Lucjan spojrzał ostro na Piotra.

– Za to ty zagadałeś się Aldoną – odpowiedziała ze spokojem.

Piotr puścił do niej oko i po raz kolejny Anna musiała stwierdzić, że w wykonaniu Piotra nawet zwykłe mrugnięcie, zawiera więcej podtekstów niż reklamy, które niegdyś emitowano wyłącznie po godzinie dwudziestej drugiej. Uśmiechnęła się do Lucjana. Ten podsuwając papierową podstawkę, musnął opuszkami palców drobną dłoń Anny. Podziękowała i ruszyła do stolika.

– Stary to nie ma sensu – usłyszała rechot Piotra. Pomyślała, że pewnie ma rację.

Podeszła do stolika, przy którym siedziały Aldona, Beata i Miłka. Ostrożnie usadowiła się na swoim niezbyt stabilnym krześle. Miłka z ożywieniem rozprawiała o sukience, którą zobaczyła na jakiejś wystawie. Miłka unikała wszelkich bardziej osobistych tematów. Annę niepokoiło to bardziej niż jawna wrogość Aldony, czy nachalna empatia Beaty. Położyła szklankę z piwem na podstawce, której czystość kontrastowała z tabaczkowym obrusem. Zapewne zakładano, że na obrusie w nijakim kolorze z niedorzecznym kwiatowym deseniem nie będzie widać plam. Anna je widziała. Przed Aldoną stał pusty już talerzyk. O ile Anna mogła to osądzić, ciasto poprawiło jej nastrój.

– Co tak długo? – zapytała Aldona.

– Rozmawiałam z Lucjanem o naszym, małym festiwalu filmowym – odpowiedziała Anna.

– Aha – burknęła Aldona, wywracając oczami.

– Oboje oglądacie takie dziwaczne filmy – zachichotała Miłka. Beata, która przeżyła gehennę z Woodym Allenem, postanowiła nie wypowiadać się na temat kultury i sztuki.

– Widziałaś napis? – Aldona wróciła do ulubionego tematu.

– Tak – odpowiedziała Anna z westchnieniem. – To Sztaudynger.

– Co?

– Jan Sztaudynger, polski poeta. Nadruk na koszulce Lucjana to jedna z jego fraszek – wyjaśniła cierpliwie Anna.

Beata pomyślała po raz kolejny, że życie jest dziwne. Anna i Lucjan, chociaż mówią tym samym językiem, prawdopodobnie nie dogadają się ze sobą. Wszystko rozejdzie się po kościach jak zwykle. Westchnęła, patrząc na Annę, która nieuważnie przesuwała palcem wzdłuż brzegu szklanki. Ona i Darek na pierwszy rzut oka nie mieli ze sobą, wiele wspólnego, ale mieli wspólne życie. Codzienne radości i troski. Sama miłość to tylko początek. Potem trzeba żyć ze sobą i nie zwariować. Nikt nie opowiada o tym, co się działo z Kopciuszkiem i księciem po ślubie. Była ciekawa, co po trzech latach w związku z Norbertem, myśli Aldona. Pewnie i tak nie powiedziałaby prawdy. Z kolei Miłka pół roku małżeństwa wymazała ze swego życia, jakby było epizodem pozbawionym znaczenia. Tylko Marysia była w jej mniemaniu autentycznie szczęśliwa. Ona, Jarek i ich pięcioro dzieci znajdowali się w ciągłym biegu. Przeżywali życie rodzinne do granic możliwości.

Beata spojrzała na niegustowny zegar ścienny, zastanawiając się, dlaczego przyjaciółki jeszcze nie ma. Naraz zabrzmiał stłumiony motyw z „Rosemary’s Baby”. Anna chwyciła swoją torbę. Zanim spenetrowała jej wnętrze, sygnał umilkł. Chwilę później, po wyciągnięciu, chusteczek, puderniczki oraz opakowania rajstop, odnalazła telefon. Zanim oddzwoniła, przyszedł SMS.

– Marysia stoi w korku – powiedziała.

– Mogła wcześniej wyjechać! – prychnęła Aldona.

– Nie mogła, wiozła Marcinka na zgrupowanie – oznajmiła Anna, która ku zaskoczeniu wszystkich zawsze pamiętała takie szczegóły.

– Dobrze, że się odezwała – stwierdziła z ulgą Beata. – Nigdy nie spóźniała się tak bardzo.

– Powinna zrezygnować z pracy – burknęła Aldona.

– To tylko pół etatu – zadumała się Miłka.

– Przy takiej hordzie dzieciaków, to i tak za dużo – prychnęła Aldona.

– Masz rację, ale pewnie to, co robi, daje jej satysfakcję – stwierdziła Anna.

Przy stoliku zapadła cisza. Aldona spochmurniała wyraźnie. Nigdy nie utożsamiała pracy z poczuciem zadowolenia. Miłka wyłączyła się, jak zwykle, kiedy rozmowa zbaczała na tematy, które mogłyby doprowadzić do konfliktu. Beata zastanowiła się, czy nie powinna znaleźć sobie jakiegoś zajęcia. Dotąd zawsze wymuszano na niej decyzję o zatrudnieniu. Teraz coraz częściej doskwierała jej samotność. Chłopcy byli w szkole, a Darek pojawiał się tylko, w niektóre weekendy. Miłka wydawała się zadowolona ze swojej monotonnej i przewidywalnej posady w biurze, a Anna co jakiś czas z entuzjazmem zmieniała pracę. Może niepokojące myśli przestałyby rozsadzać jej czaszkę, gdyby sama zajęła się czymś konkretnym?

– Nie wiem co, to za satysfakcja taka praca w fundacji – przerwała milczenie Aldona. – Dostaje za nią psie pieniądze.

– To prawda, ale może dzięki niej czuje się potrzebna. Wie, że robi coś ważnego – westchnęła Anna.

Dziwiła się, że jej znajomość z Aldoną utrzymała się tak długo. Już w liceum nie zawsze się zgadzały, a z czasem miały coraz mniej wspólnego. Aldona żyła jakby wewnątrz siebie. Nie zastanawiała się nad tym, co myślą i czują inni. Wszystkie nieszczęścia dotykały ją zwykle z winy otoczenia. Aldona rzucała studia, bo oszukał ją mężczyzna, warunki były niekorzystne, uczelnia za droga. Kończyła związki zawsze z winy drugiej strony. Dzięki temu nigdy nie miała sobie nic do zarzucenia. Anna trochę jej tego zazdrościła.

Sama zawsze czuła się niedopasowana, nieodpowiednia i wciąż się bała. W dodatku nie znała przyczyny swego lęku. Nie mogła tego zwalić na nieszczęśliwe dzieciństwo, gdyż jej rodzice byli spokojną parą, która kłóciła się co najwyżej o kształt rabatki w ogródku. Miała niejasne wrażenie, że jej nadwrażliwość i skłonność do uczuciowych miraży mogły być spowodowane pewnym wydarzeniem z przeszłości. Trudno jednak uwierzyć w to, że pół godziny sprzed kilkunastu lat, może aż tak zaważyć na życiu. Właściwie to nigdy do tego nie wracała. Jednak ziarno lęku tkwiło w niej uparcie. Chociaż zdawało się uśpione, z czasem zaczęło kiełkować, by wydać owoc paraliżującej bezradności.

Wiedziała, że strach jest potrzebny. Chroni przed niebezpieczeństwem i motywuje działania. Dzięki niemu ludzie przetrwali, uciekając przed wilkiem, ale strach Anny sam zmienił się w wilka, którego należało trzymać na uwięzi. Bywało jednak, że jej lęk wymykał się ze swojej klatki. Czuła wówczas, że traci kontrolę. Na przemian izolowała się od ludzi i rzucała w wir życia towarzyskiego. Była rozkojarzona i miała trudności z koncentracją. Czasem wystarczał drobiazg, żeby przerazić ją śmiertelnie. Zaczynało się zawsze od  przeszywającego bólu w okolicach żołądka, a potem fala gorąca oblewała całe jej ciało. Oszołomiona i zamroczona czuła bijące coraz szybciej serce. Zwykle potem pojawiał się tępy ból w potylicy.

Anna odruchowo dotknęła głowy. Przypomniała sobie, jak irracjonalnie zachowała się przed chwilą. Piotr wyrósł przed nią niczym góra, a ona momentalnie zesztywniała i przestała rozsądnie myśleć. Była zadowolona, że opanowała się w porę, gdyż jej strach najczęściej zmieniał się w gniew. Anna częściowo oswoiła swojego wilka. Rozliczne poradniki i książki psychologiczne uświadomiły jej, jak ważna jest konfrontacja z sytuacjami powodującymi lęk. Wiedziała też, że strach można zracjonalizować. W tym celu uważnie kontrolowała własne nastroje. Chodziła na warsztaty obiecujące szybki samorozwój i czytała książki, których autorzy znaleźli już receptę na szczęście. Z różnym skutkiem stosowała ich rady.

Spotykała się z ludźmi i szukała nowych, odświeżających doświadczeń. Ćwiczyła jogę i chodziła na taniec. Znajdowała czas dla siebie. Sprawiała sobie drobne przyjemności, gdyż miały one zmieniać jej sposób myślenia i pozytywnie ją inspirować. Według ekspertów zwłaszcza te drobne rzeczy były najistotniejsze. Anna wierzyła, że to prawda. Znajdowała więc czas na lekturę. Głównie poradników. Zajęła się także robótkami ręcznymi, które po przezwyciężeniu pierwszych trudności i opatrzeniu ran, miały przynosić szczególne wyciszenie. Ważne też było, by przebywać wśród zieleni. Niestety wszystkie rośliny doniczkowe umierały w maleńkiej kawalerce, którą wynajmowała Anna. Ostatnią jej ofiarą był kaktus. W końcu zrezygnowała z roślin doniczkowych na rzecz spacerów.

Anna z zadumą przyglądała się pianie na piwie. Piana. Nie wiedzieć czemu ogromne znaczenie w wywoływaniu dobrego nastroju przypisywano również odprężającym kąpielom. Dlatego Anna regularnie raz w tygodniu brała kąpiel w ziołach. Jedna z nich szczególnie utkwiła w jej pamięci. Było jakoś przed północą. Zapaliła świeczkę zapachową i pogrążyła się w marzeniach o swojej niemożliwej miłości do M. Ziołowa para zaczęła właśnie nabierać różowej barwy, kiedy nagle za drzwiami coś szczęknęło, a potem straszny rumor przetoczył się przez kawalerkę. Miała wrażenie, że umrze ze strachu. Są takie chwile, kiedy ma się ochotę zamordować własnego kota.

Upiła kolejny łyk piwa, gdy drzwi otworzyły się z hukiem. Podskoczyła na chybotliwym krześle, krztusząc się gwałtownie.

– Pomocy! – dało się słyszeć rozdzierający krzyk.

Anna przez łzy zobaczyła Marysię, która uginała się pod ciężarem kilku toreb. Wstała z krzesła i podbiegła do przyjaciółki. Za nią ruszyła Beata. Gdy dobiegły do Marysi, ta zachwiała się i oparła o przeładowany kurtkami, staroświecki, drewniany wieszak, który tylko dlatego nie zwalił się z łoskotem, gdyż Lucjan jakimś cudem zmaterializował się na miejscu wydarzenia. W jednej chwili stworzyli żywy obraz, którego nie powstydziłby się Matejko. W centralnym miejscu znajdowała się Marysia w pozycji utthita hasta padasana. Po jej bokach w niezwykle dramatycznych figurach zastygły dwie kobiety z wyciągniętymi, ku niej rękoma. Z prawej strony na modłę Atlasa szczupły mężczyzna podtrzymywał wieszak z ubraniami.

– Marysia, do licha! – krzyknęła Anna. – Odstaw te paczki!

Kobieta zastygła w pozycji rozgwiazdy ocknęła się i delikatnie odłożyła torby. Beata przytrzymała przyjaciółkę, która była bliska zrobienia szpagatu. Lucjan uporał się wieszakiem i zaczął zanosić pakunki klientki do stolika. W tym czasie Marysia zdjęła przekrzywioną czapkę i kurtkę. Anna ostrożnie odwiesiła rzeczy przyjaciółki. Marysia z roztargnieniem obejrzała się za siebie. Chwyciła wielką paczkę pieluch i podała ją Lucjanowi, który zdążył już wrócić.

– Jeszcze to panie Lucjanie – powiedziała. – To już czwórki wyjaśniła enigmatycznie. Barman przyjął tę informację do wiadomości i bez słowa odniósł cenny pakiet na kanapę.

– A tak w ogóle, to dzień dobry! – krzyknęła w kierunku Lucjana.

– Dzień dobry – odpowiedział wesoło. – Co u pani słychać?

– Przestałam karmić! – oświadczyła pogodnie Maria, próbując przygładzić sterczące na głowie kosmyki.

– Aha – bąknął mężczyzna. Anna popatrzyła na niego współczująco. – To dobra wiadomość? – zapytał ostrożnie.

– Świetna! Wypiję dziś piwo! – kobieta uśmiechnęła się promiennie.

– Już nalewam – powiedział Lucjan i oddalił się pospiesznie.

– Przyniosę ci do stolika – zaoferowała Anna.

Ruszyła za Lucjanem. Nad głowami odchodzących pojawiła się subtelna, różowa smużka. Beata i Marysia skierowały kroki ku pluszowej kanapie. Marysia przywitała się z pozostałymi przyjaciółkami. Oklapła ciężko obok Miłki i uśmiechnęła się promiennie.

………………………………………………………………………………………………………………………………………….

CDN

No Comments

Post A Comment